"Lwica" (2008)/"Ojcze nasz. Krew z krwi" (2007).

Reklama

Świat za kratami i problem nielegalnych emigrantów, to evergreeny współczesnego kina. W dwóch filmach z Ameryki Południowej ta mocno eksploatowana ostatnio tematyka, znalazła świeże ujęcie. W „Lwicy” Pablo Trapero opowiada o dramacie studentki zamieszanej w zabójstwo swojego chłopaka. Dziewczyna trafia za kraty, ale zbrodnia nie zostaje wyjaśniona. Intryga kryminalna szybko schodzi na plan dalszy. Reżyser roztrząsa problem macierzyństwa – bohaterka rodzi w więzieniu dziecko, które zgodnie z argentyńskim prawem musi oddać do domu opieki. Opuszczona przez bliskich rozpoczyna walkę ze światem - o godność, podmiotowość i dziecko oraz z własnym egoizmem i niedojrzałością. Trapero opowiada tę tragiczną historię chłodno, nie szantażuje widza łzawym sentymentalizmem i dlatego jego opowieść zapada w pamięć..

W podobne rejony prowadzi widzów Christopher Zalla. Jego „Ojcze nasz. Krew z krwi” to pod pozorem historii o nielegalnych emigrantach także ascetycznie sfilmowana rzecz o dojrzewaniu - do świadomego ojcostwa i odpowiedzialności. Nastoletni cwaniak uciekając przed bandytami chroni się w ciężarówce przemycającej nielegalnych emigrantów z Meksyku do USA. Podczas podróży kradnie list współpasażerowi, który jedzie doi Nowego Jorku, żeby odnaleźć swojego biologicznego ojca i podszywa się pod chłopaka.

Dramatyczny, pogmatwany ciąg nieporozumień i pomyłek skończy się w finale zaskakującym pojednaniem. Latynosi potrafią opowiadać niebanalne historie.

Ocena: 4.

Cezary Polak

Dystrybucja: Vivarto.