Ron Howard to jeden z tych reżyserów, którzy stoją na straży tezy, że kino może także służyć inteligentnej rozrywce, a główny nurt wcale nie musi kojarzyć się z czymś negatywnym. Od blisko czterech dekad realizuje filmy przede wszystkim z myślą o widzu, chowając głęboko za pazuchą swoje ego. A że świetnie na tym przy okazji zarabia – wszak to jeden z lepszych biznesmenów wśród filmowców – to zupełnie inna sprawa. Tak było już z jego pierwszymi produkcjami, tak zapewne będzie i w przypadku "Inferno". Trzecie ekranowe spotkanie z poczytną prozą Dana Browna wchodzi właśnie na ekrany polskich kin.

Swoją przygodę z prozą Browna Howard rozpoczął przed dziesięcioma laty, ekranizując największy bestseller pisarza "Kod Leonarda da Vinci". Powieść, która podbiła świat, sprzedając się w ponad 80 milionach egzemplarzy, była gotowym przepisem na hollywoodzki hit. Rolę historyka sztuki Roberta Langdona zagrał jeden z ulubionych aktorów Howarda, Tom Hanks. Panowie po raz pierwszy spotkali się dwie dekady wcześniej, na planie filmu "Plusk", i od tego momentu ich drogi przecinały się dość regularnie (także w "Aniołach i demonach", kolejnej ekranizacji Browna). Howard ma w ogóle bardzo dobrą rękę do aktorów i to bez wątpienia jeden z gwarantów sukcesów kolejnych jego filmów. U niego zaczynał Matthew McConaughey, dojrzewał Tom Cruise, a jedne z najlepszych ról w swoich karierach grali Kurt Russell ("Ognisty podmuch"), Michael Keaton ("Zawód: Dziennikarz"), Russell Crowe ("Piękny umysł") czy Val Kilmer ("Willow").

Zresztą Howard przez długi czas sam pracował jako aktor. Pochodzi z artystycznej rodziny i można zaryzykować stwierdzenie, że zawód ten wyssał z mlekiem matki. W końcu po raz pierwszy na ekranie pojawił się, gdy miał 18 miesięcy, a większą serialową rolę dostał w wieku czterech lat.

Komediowe akcenty w twórczości Howarda, a na tym w dużej mierze bazowała jego kariera aktorska, powracają także w pracy reżyserskiej. Ot, chociażby zaskakująco udane "Spokojnie, tatuśku" ze Steve’em Martinem czy "Grinch. Świąt nie będzie" z ucharakteryzowanym na miarę Oscara Jimem Carreyem. Co może wydawać się nieprawdopodobne, ten ostatni film w boxoffice’owych rankingach w 2000 roku w tyle pozostawił chociażby "Gladiatora" Ridleya Scotta czy "Cast Away: Poza światem" Roberta Zemeckisa, wpisując się do historii jako najlepiej zarabiający świąteczny film wszech czasów. Powiedzieć jednak o Howardzie, że to reżyser lekkich komedyjek, to przesada. Trudno chyba o bardziej wszechstronnego reżysera w Hollywood, co zarówno stanowi jego zaletę, jak i paradoksalnie wadę. Bo o ile długo można by wymieniać godne uwagi filmy, które wyszły spod jego ręki, o tyle trudno klarownie nakreślić jego styl.

Wydaje się, że Howard wyszedł z podobnego założenia co kiedyś Stanley Kubrick, że reżyser powinien wziąć się za bary z każdym filmowym gatunkiem. O ile jednak twórca "Mechanicznej pomarańczy" był przy tym wybitnym artystą, o tyle autor "Apollo 13" jest co najwyżej wprawnym rzemieślnikiem. Którego w swym fachu nie można jednak nie docenić. W końcu na jego flircie z kinem fantasy, czyli "Willow", wychowało się co najmniej jedno pokolenie, po "Ognistym podmuchu" pewnie co drugi chłopak chciał zostać strażakiem, a oglądając świetny "Wyścig", każdy przez chwilę w myślach siedział za kierownicą bolidu Formuły 1. Filmy Rona Howarda, nawet jeżeli czasami brak im jakiejś głębszej myśli (choć rzecz jasna nie zawsze tak jest), łączy to, że są znakomicie i widowiskowo zrealizowane. "Jeżeli pod koniec dnia dojdę do wniosku, że historia warta jest opowiedzenia, to moim następnym zadaniem jest znalezienie jak najlepszego sposobu, by to uczynić" – przekonywał w jednym z wywiadów amerykański reżyser. Te słowa wydają się kwintesencją jego reżyserskiej drogi. Nie zawsze docenianej przez krytykę, ale uwielbianej przez widzów.

"Inferno";  USA, Japonia, Węgry 2016; reżyseria: Ron Howard; dystrybucja: UIP; czas: dwie godziny jedna minuta; w kinach od 14 października