Dzień, w którym Anders Behring Breivik dokonał dwóch zamachów w Oslo – w dzielnicy rządowej oraz na wyspie Utøya – jest zaledwie wstępem do filmu. To rozciągnięta na pół godziny sekwencja, zrealizowana tak, jak Greengrass potrafi najlepiej: nerwowo, niespokojnie, w paradokumentalnym stylu. Jednak w przeciwieństwie do filmu Erika Poppego „Utoya, 22 lipca” (który wejdzie na ekrany polskich kin w listopadzie), angielski reżyser nie skupia się wyłącznie na rekonstrukcji wydarzeń. Bardziej interesują go następstwa ataku, wpływ, jaki działanie terrorysty wywarło na tych, którzy przeżyli.

Proces Breivika oglądamy z perspektywy dwóch bohaterów. Jednym z nich jest Viljar Hanssen, chłopak ciężko raniony podczas zamachu na wyspie, drugim – Geir Lippestad, którego terrorysta wskazał jako swojego obrońcę. Pierwszy przechodzi trudną, długą rehabilitację, ale przede wszystkim panicznie boi się spotkania z mordercą na sali sądowej. Drugi, zaangażowany działacz lewicowy, musi bronić człowieka, którego poglądami i wizją świata się brzydzi. Fabularne napięcie wynika więc nie z oczekiwania na finał procesu (sprawa Breivika jest na tyle świeża, że większość widzów zapewne ma ją wciąż w pamięci), a z walki, jaką obaj mężczyźni muszą stoczyć z własnymi przekonaniami, lękami i traumami.

Greengrass przyzwyczaił widzów do bardzo dynamicznego, trzymającego w napięciu kina, od filmów o Jasonie Bournie, po zaangażowane, polityczne kino („Krwawa niedziela”, „Lot 93”). Tym razem – poza wspomnianą sekwencją początkową – zwalnia tempo. Spokojnie przygląda się swoim bohaterom, wsłuchuje się w ich słowa, pozwala na długie chwile przejmującej ciszy. Przy tym po raz kolejny udowadnia, że jest twórcą, który doskonale panuje nad filmową materią i potrafi kontrolować emocje widzów: od suspensu po wzruszenia. Zachowuje przy tym godną podziwu wstrzemięźliwość. Jako przybysz z zewnątrz, który kręci film o wydarzeniach, których wspomnienie jest wciąż bolesne, nie rości sobie prawa, by na podstawie zamachów Breivika diagnozować stan norweskiego społeczeństwa. Nie wyciąga pochopnych wniosków, nie szuka rozwiązania problemu, nie wchodzi w polityczne dyskusje, ale skupia się wyłącznie na czysto ludzkim aspekcie sprawy. Być może brakuje tu nieco głębszej próby zrozumienia, co spowodowało, że Breivik zdecydował się przeprowadzić swoją akcję, ale z drugiej strony mogłoby to sprawić wrażenie usprawiedliwiania zbrodniczego czynu. Tym czasem przekaz filmu Greengrassa jest jasny: jest donośnym i wyraźnym ostrzeżeniem przed zwyrodniałą ideologią Breivika i jemu podobnych. Im bardziej rosną w siłę populistyczne, skrajnie prawicowe ruchy, tym więcej potrzebujemy takich przestróg.

Film został zrealizowany na potrzeby serwisu Netflix (z norweskimi aktorami, ale wszyscy mówią po angielsku – ot, wymagania globalnego rynku), ale wchodzi jednocześnie na ekrany kin. Również w Polsce: u nas to pierwszy taki przypadek, ale Netflix zapowiada, że także w przyszłości część tytułów będzie można obejrzeć zarówno na wielkim ekranie, jak i w domu. Być może znajdzie się wśród nich nagrodzona w Wenecji „Roma” Alfonso Cuaróna.

„22 lipca”, reż. Paul Greengrass, dystrybucja: Netflix, premiera: 10 października