Tytułowy bohater jest nauczycielem, który nie znosi swojej pracy, nie przepada też specjalnie za swoimi podopiecznymi. Zbliża się do czterdziestki, lecz wciąż mieszka ze swoim ojcem, zapijaczonym malarzem, który mimo upływu lat rozpacza wciąż po śmierci żony. Juliusz traci wiarę w to, że jego życie się kiedykolwiek zmieni, gdy – w odpowiednio żenujących okolicznościach – poznaje Dorotę. Dziewczyna jest w ciąży, właśnie rzucił ją chłopak, a na dodatek wpadła w finansowe tarapaty. W Juliuszu budzi się rycerz i wraz z przyjacielem, Rafałem, postanawiają pomóc Dorocie.

Bez trudu można domyślić się, jaki tych perypetii będzie finał – wszak kino gatunkowe rządzi się swoimi prawami – jednak w żaden sposób nie psuje to przyjemności płynącej z seansu. Przyjemności wynikającej nie tylko z humoru, nie wszystkie żarty są równej jakości (choć większość jest przednia), lecz przede wszystkim z tego, że bohaterami filmu są wreszcie ludzie, z którymi łatwo się zidentyfikować. To nie jest galeria manekinów z tvn-owskiego serialu. Zamiast pokazywać perypetie młodych, pięknych i zamożnych, „Juliusz” skupia się na losach bohaterów zwyczajnych, wręcz przeciętnych – chociaż zgodnie z gatunkowymi prawidłami pozwala im odkryć swoje własne talenty, zdolności i prawdziwe uczucia. Grany przez Wojciecha Mecwaldowskiego bohater to wieczny przegrany, nieudacznik, którego jednak nie sposób nie polubić (gdyby to była komedia hollywoodzka, producenci zatrudniliby pewnie Steve’a Carella). Jest zabawny, czasem irytujący życiową nieporadnością, częściej wzruszający – jego próba odbudowania relacji z ojcem (brawurowy Jan Peszek) to najbardziej liryczny, pełen czułości i empatii wątek filmu. Reżyser Aleksander Pietrzak dobrze wie, jak opowiadać podobne historie: niedawno w drugim zestawie „Najlepszych polskich 30” (czyli krótkometrażowych produkcji, które trafiają do kinowej dystrybucji), mogliśmy oglądać jego film „Ja i mój tata”, którego bohater opiekował się chorym na alzheimera ojcem.

Juliusz” sporo uwagi poświęca również bohaterom drugiego planu. Anna Smołowik i Rafał Rutkowski dostali też wreszcie prawdziwą możliwość zaistnienia na wielkim ekranie. Oboje znakomici na scenie (ona przede wszystkim w „Pożarze w burdelu”, on – w spektaklach Teatru Montownia), nie byli specjalnie przez kino dostrzegani – teraz swojej szansy nie zmarnowali. Znakomicie wypada również Jerzy Skolimowski w epizodzie podstarzałego gangstera. No i – jak przystało na porządny przebój pop – mamy też gościnne występy gwiazd, od Macieja Stuhra (który z wdziękiem zakpił z postaci, które zazwyczaj pojawiają się w polskich komediach romantycznych), po Krystynę Jandę i Izabelę Trojanowską.

Do katalogu „Juliuszowych” zalet dorzucić trzeba głęboki ukłon w stronę sceny stand-upowej (czołowi polscy stand-uperzy są wszak współtwórcami scenariusza) i nieco bardziej dyskretny w stronę „Dnia świra”, a także fajne komiksowe ilustracje (czasami ożywające na ekranie) autorstwa Roberta Sienickiego. Czy to wystarczy na kasowy sukces? Mam nadzieję, bo chętnie bym się jeszcze z Juliuszem w kinie spotkał.

Juliusz, Polska 2018, reż. Aleksander Pietrzak, dystrybucja: Kino Świat