Pierwszy „Ant-Man” wydawał mi się jedną ze słabszych marvelowskich produkcji, nieznaczną – ale jednak – obniżką formy. Nie posłużyła wtedy zmiana reżysera: Edgar Wright nie dogadał się ostatecznie z Disneyem, zastąpił go Peyton Reed, wykorzystując fragmenty napisanego przez poprzednika scenariusza. Mimo świetnej roli Paula Rudda i sporej dawki humoru, w pierwszym filmie coś nie zagrało: konflikt z czarnym charakterem wydawał się wysilony, a całość, choć rozegrana w szybkim tempie, pozbawiona napięcia.

Tym razem Peyton Reed odrobił swoją pracę znacznie staranniej. Akcja toczy się wokół próby uratowania Janet Van Dyne (Michelle Pfeiffer), żony Hanka Pyma (Michael Douglas) i pierwszej bohaterki znanej pod pseudonimem Osa. Trzydzieści lat wcześniej utknęła ona w wymiarze kwantowym i wydawało się, że pozostanie w nim uwięziona na zawsze. Dopiero gdy Scott (Paul Rudd) również trafił do wymiaru kwantowego i zdołał z niego powrócić (co widzieliśmy w pierwszym „Ant-Manie”), Pym odzyskał nadzieję na ocalenie żony. Potrzebuje pomocy nie tylko swojej córki, Hope (Evangeline Lilly), która dziś nosi kostium Osy, lecz także Ant-Mana. Problem w tym, że Scott siedzi w areszcie domowym, skazany za pomoc, której udzielił zbuntowanemu Kapitanowi Ameryce. A kłopoty się mnożą: w drogę bohaterom wejdzie tajemnicza kobieta nazywana Duchem, a także gangsterzy żywo zainteresowani wynalazkami Pyma.
„Ant-Man i Osa” to film zabawniejszy, znacznie bardziej emocjonujący, świetnie wprowadzający nowe postaci – nawet te, które wydają się mocno schematyczne – i lepiej dopasowany do całego MCU. Godne podziwu jest też to, w jaki sposób twórcy serii korzystają z dostępnego panteonu marvelowskich postaci: w komiksach Ghost jest trzeciorzędnym złoczyńcą, w filmie to znacznie bardziej fascynująca, złożona i niejednoznaczna postać (świetnie zagrana przez brytyjską aktorkę Hannah John-Kamen). A w jednej ze scen Ant-Man ogląda klasyczne dzieło s-f „One!”, w którym gigantyczne mrówki niszczyły Amerykę. Jak nie polubić tego filmu?

Oczywiście „Ant-Man i Osa” to wciąż lekka i w gruncie rzeczy banalna historyjka, lecz po poważnej „Czarnej Panterze” oraz ciężkich ostatnich „Avengersach” ta lekkość daje fanom superbohaterskiego uniwersum chwilę oddechu. Zwłaszcza, że po jesienno-zimowej przerwie na widzów czekają kolejne dwa mocne strzały: najpierw „Captain Marvel” (premiera 8 marca 2019 r.), potem ostateczne starcie z Thanosem w czwartych „Avengersach” (25 kwietnia 2019 r.). Na tle wojen o galaktycznej skali historia Ant-Mana i Osy wydaje się – a biorąc pod uwagę rozbudowany wątek relacji Scotta z córką, po prostu jest – familijną rozrywką. I to w dobrym stylu.