Nie da się dwa razy wejść do tej samej rzeki. Z drugiej strony – minęło dziesięć lat, szał na Abbę przybrał (także dzięki musicalowi) rozmiarów na tyle monstrualnych i absurdalnych, że zespół odrzucił propozycję zagrania trasy za – bagatelka – miliard dolarów. Pozostały jednak kwestie do wyjaśnienia i udowodnienia. Trzeba było pokazać urodzonym po 1982 roku (kiedy to Abba zagrała po raz ostatni), że na ścieżce dźwiękowej do jedynki repertuar supergrupy się nie kończy. I trzeba było wyjaśnić dalsze i przeszłe losy bohaterów.

Aktorsko największym atutem pierwszej części były kreacje starszej części obsady. Tu mamy pokazaną młodzież. Retrospekcja, mająca nam wyjaśnić jak dziecko może mieć trzech ojców zaowocowała pojawieniem się młodszych odpowiedników. Ci zdawali się nie być obciążeni zadaniem, choć musieli wejść nie tylko w rolę ze scenariusza. Musieli całymi sobą przypominać nam Meryl Streep, Pierce Brosnana czy Stella Skarsgarda. Najlepiej z tego starcia wyszedł Hugh Skinner, bawiący się wręcz wizerunkiem stworzonym w „Mamma Mia”, ale też i we wszystkich częściach „Bridget Jones” przez Colina Firtha. Lilly James, grająca tu główne skrzypce, Maryl Streep przypominała głównie dzięki podobieństwom we fryzurze i zabiegom montażowym. To dobrze, bo o ile Skinner mógł sobie – pojawiając się na ekranie stosunkowo krótko – na to pozwolić, to podobny zabieg u James mógłby być męczący.

Idąc na „Mammę Mię” musimy kupić konwencję. W tym świecie najważniejszym zadaniem mężczyzn i kobiet jest uwodzenie. Ma ono oczywiście granice – powinno być zakończone na ślubnym kobiercu (no… chyba, że ktoś owdowieje) a seks choć wywołuje oczywiste skutki i ciąże, jest tu pokazany w wielkim niedopowiedzeniu. O dosłowności, która wykluczałaby status filmu rodzinnego - nie ma mowy. Miłość i amory sprawiają (i nie powinno nas to dziwić!), że przechodząc przez sad o wschodzącym lub zachodzącym słońcu nagle robimy gwiazdę, porzucamy negocjacje w Tokio, by w kilka godzin dotrzeć na grecką wyspę, w ciąży odbudowywać dom i tańczyć wszędzie gdzie się da. Grecja nie jest taka, jaką znacie z wakacji (brudna, chaotyczna i z nieuprzejmymi urzędnikami) lecz czysta i romantyczna, w której nawet oficer graniczny zwraca uwagę na fryzury (wspaniały epizod!).

Film jest też – again – wielkim hołdem dla Abby. Scena z „Waterloo” będzie żyła jako oddzielny teledysk. Finał z „Super Trouper” jest znów zachwycający i śmieszący zarazem. Pobawiono się konwencją – pojawiły się stylizowane na greckie aranżacje, pojawiły się kompozycje uważane za mniej znane, jak np. „Angel Eyes” czy „Kisses of Fire”. I oczywiście – jeśli Andy Garcia w filmie zwie się Fernando – to nagranie tak zatytułowane w filmie pojawić się musi.

Pojawienie się niegdyś Abby zbiegło się w czasie z wybuchem sceny punkowej. Wszystko było odreagowaniem i chęcią podążenia w stronę muzyki prostszej, autentycznej. Wykonywane przez aktorów piosenki Abby – zarówno w pierwszej, jak i drugiej części musicalu – mają ten brudny sznyt. Ktoś coś niedociągnie, ktoś zafałszuje, tonacje są mylone tak często, że aż zastanawiamy się, czy to nie celowy, mający na celu dodatkowy efekt komiczny, zabieg. Ma to też swój urok – „Mamma mia” pokazywana jest jako film nagrywany na luzie, z przymrużeniem oka, z dystansem do świata i własnej pozycji. W tym kontekście pojawienie się Cher burzy konwencję – ona śpiewa zbyt czysto, zbyt elegancko, zbyt tak, jakby zrobiła to w Las Vegas (na marginesie – żart o Vegas poczyniony na początku filmu – doskonały). To na szczęście tylko moment i chwila, ale na tym przykładzie widać jak znika autentyczność muzycznych zjawisk i z zabawy robi się produkt.

Mam nadzieję, że w następnej części, która powstanie za kolejnych dziesięć lat, babcia Cher będzie w Vegas. A w to, że nowa część powstanie nie wątpię. Nowe piosenki Abby poznamy przecież już w grudniu.

Jeśli podobała się wam pierwsza część nie bójcie się pójść na następną. Oczywiście, nie trzeba być noblistką, by wiedzieć, że nic dwa razy się nie zdarza. Na szczęście retrospekcje dają trochę nowego życia – nie jest to tylko i wyłącznie musicalowy romans kręcony na greckiej wyspie. Choć nie będę ukrywał, że czekałem na to, co dla mnie było komediową siłą poprzedniej części, czyli błyskotliwe dialogi dwójki kobiet Rosie i Tanyi (Julie Walters oraz Christine Baranski) oraz trójki mężczyzn-ojców. Sam, Harry i Bill znów nie szczędzą sobie komplementów i złośliwości, zaś komentarze Rosie i Tanyi ociekają seksem bardziej niż zdjęcia nastoletnich gwiazd muzyki, ale przyznam – mam niedosyt. Po filmie ich brawurowych żonglerek słownych najbardziej mi zabrakło.

Trzeba przyznać, że aktorzy grający w „Mamma Mia: Here We Go Again” mają fajną pracę. Bawią się, fałszują, śpiewają na planie razem z muzykami Abby. I – patrząc na budżet filmu – sporo zarabiają. Na zdrowie, za taką rozrywkę zawsze jestem w stanie zapłacić.

"Mamma Mia: Here We Go Again"; USA 2018; reżyseria Ol Parker. W kinach regularnie od 27 lipca, na specjalnych pokazach od 20 lipca.