Był geniuszem komedii, a jednocześnie utalentowanym aktorem dramatycznym. Duszą towarzystwa, człowiekiem, który żył po to, by rozbawiać innych, ale sam przez całe życie walczył z uzależnieniami. Marina Zenovich – reżyserka m.in. dwóch dokumentów o Romanie Polańskim – nad filmem o Robinie Williamsie pracowała przez kilka lat, ale ostateczny efekt pozostawia poczucie niedosytu. Być może nie da się o tak złożonej postaci opowiedzieć w ramach dwugodzinnej narracji.

Poznajemy go przede wszystkim dzięki archiwalnym nagraniom oraz wypowiedziom rodziny i przyjaciół (m.in. Billy'ego Crystala, Steve'a Martina, Erica Idle'a oraz Pam Dawber, aktorki z serialu „Mork i Mindy”, który rozpoczął wielką karierę komika), czasem tylko przetykanymi fragmentami wywiadów z aktorem. Fragmenty filmów, spotkań, hollywoodzkich imprez, trochę zdjęć prywatnych. Mozaika, która układa się w portret, jaki znamy dość dobrze. Nie brakuje tu zaskakujących informacji – jak ta, że kosmita Mork pojawił się w telewizji, by choć odrobinę wykorzystać popularność „Gwiezdnych wojen” – lecz rzadko wychodzą one poza zakres anegdoty. Mówią więcej o układach i relacjach interpersonalnych, niż o tym, co – jak zapowiada tytuł – działo się w głowie bohatera.

Największą siłą filmu Zenovich jest więc to, że wiele miejsca poświęca początkom kariery Williamsa jako stand-upera i artysty scenicznego. Fragmenty archiwalnych nagrań – nie szkodzi, że część ich jest naprawdę fatalnej jakości, były zgrywane zapewne ze starych taśm VHS i innych nośników, które słabo znoszą próbę czasu – pokazują, że zanim aktor trafił do telewizji i kina, był już błyskotliwym improwizatorem, obdarzonym niezwykłym poczuciem humoru, reagującym na nastroje publiczności i chętnie przełamującym wszelkie tabu. Wystarczy obejrzeć kilkadziesiąt sekund ze spektaklu „Czekając na Godota”, w którym Williams zagrał u boku Steve'a Martina, by żałować, że nie widziało się tego przedstawienia na żywo.

Nie możesz o żadnym współczesnym komiku powiedzieć: Oto następca Robina Williamsa, bo to niemożliwe, by być jego naśladowcą”, mówił Judd Apatow dziennikarzom „Rolling Stone'a” po śmierci swojego idola w 2014 r. „Robił coś tak niepowtarzalnego, że nie da się tego powtórzyć. Podniósł poprzeczkę bardzo wysoko i sprawił, że niesłychanie wielu z nas chciało zostać komikami. Wyglądał, jakby zawsze dobrze się bawił”.

Ale to była tylko jedna z jego masek. Williams żył obsesyjnie. Wpadał w uzależnienia, z których nigdy do końca nie potrafił się wydobyć. Po śmierci Johna Belushiego (przedawkował kokainę i heroinę w 1982 r.) Williams rzucił narkotyki, ale zastąpił je jeszcze większymi dawkami alkoholu. Imprezował do upadłego. Gdy nie pił, energię rozładowywał jeżdżąc na rowerze. Przemierzał o kilkadziesiąt mil dziennie. I nawet grał nałogowo: rzut oka na jego filmografię potwierdza, że nie są rzadkością lata, w których zaliczał po cztery, pięć ról tylko w kinowych produkcjach. Do tego dochodziły telewizja i scena. Jak mówią zgodnie Mark Romanek (reżyser filmu „Zdjęcie w godzinę”) i Billy Crystal, Williams był również uzależniony od rozśmieszania ludzi. Potrzebował publiczności, choćby kilkuosobowej. Śmiech innych był dla niego narkotykiem.

Jego telewizyjna i filmowa kariera tak mocno kojarzą się z pasmem sukcesów, nagród, i wspaniałych ról, że łatwo zapomnieć o nieudanych wyborach i artystycznych porażkach. Zwłaszcza u schyłku kariery Williams grał w wielu filmach, o których lepiej zapomnieć. Szansy na odbicie szukał w sitcomie „Przereklamowani”, a decyzję o zdjęciu go z anteny po pierwszym sezonie przyjął podobno bardzo ciężko. Zmagał się wtedy z nawrotem choroby alkoholowej, wkrótce potem wykryto u niego wczesne stadium Parkinsona (dopiero autopsja wykazała, że było to inne schorzenie, które mogło przyczynić się do zaburzeń poznawczych, a w efekcie do samobójczej śmierci aktora).

Jake Nevin, pisząc na łamach „Guardiana” o filmie Zenovich, przytoczył scenę ze spotkania po pokazie dokumentu na festiwalu w Karlovych Varach. Reżyserka, zapytana przez jednego z widzów, czy miała szansę spotkać Robina Williamsa, przypomniała sobie, że statystowała w jednej ze scen „Fisher Kinga”, w której aktor także brał udział. To chyba dobra metafora jej filmu, który jest spotkaniem – chwilami fascynującym – z aktorem, ale niekoniecznie próbą zrozumienia jego traum, kompleksów i lęków. Oryginalny podtytuł filmu – „Come inside my mind” – ostatecznie okazuje się wyłącznie cytatem z jednego ze scenicznych skeczy Williamsa.
Jakub Demiańczuk

„Robin Williams: W mojej głowie”, reż. Marina Zenovich, premiera: HBO, wtorek, 17 sierpnia, godz. 18.10