Fabuła „Berka” odruchowo skojarzyła mi się z kapitalnym skeczem Monty Pythonów, bo punkt wyjścia jest podobny. Dziecięca rozrywka zostaje podniesiona do znacznie wyższej rangi (choć niekoniecznie olimpijskiej), a jej reguły – dostosowane do potrzeb i możliwości dorosłych.

Bohaterowie filmu Jeffa Tomsica, debiutującego w kinie reżysera ze sporym telewizyjnym doświadczeniem, traktują bowiem berka bardzo serio. Dorastając postanowili, że nie zabiją w sobie chłopięcego ducha i choć los rozrzucił ich po całych Stanach, przez jeden miesiąc w roku bawią się w berka. Ale „zabawa” w tym przypadku oznacza spore poświęcenie: loty międzystanowe, sprytnie zastawiane pułapki, przemyślne fortele. Już na samym początku Hoagie (Ed Helms) próbuje zatrudnić się jako sprzątacz w dużej korporacji, wyłącznie po to, by „zberkować” jej szefa i swojego przyjaciela Boba (Jon Hamm). Cała akcja odbywa się na oczach dziennikarki „The Wall Street Journal”, a ta uznaje trwającą od dwudziestu lata zabawę za temat na tekst. Wraz z Hoagiem i jego kumplami wyrusza w podróż, by dorwać Jerry'ego – jedynego, który jeszcze nigdy nie był berkiem.

Reporterka „WSJ” nie pojawiła się w fabule przypadkowo. Absurdalny pomysł, by terenem zabawy w berka zrobić całą Amerykę, nie narodził się wcale w głowach scenarzystów. W 2013 r. dziennik opublikował historię grupy przyjaciół, którzy szaleją w ten sposób od ponad dwóch dekad, jeden miesiąc każdego roku poświęcając na próbę dopadnięcia kumpli. Wystarczył jeden tekst, by rozrywką grupy facetów po czterdziestce zainteresowali się producenci filmowi. Od prawdziwych bohaterów kupili pomysł i „know how”, ale komediowym postaciom dali już fikcyjne życiorysy i charaktery.

Rezultat nie wybija się specjalnie ponad hollywoodzką średnią. „Berek” jest zabawny, chwilami niemal slapstickowy, a choć zdarza mu się przekraczać granicę dobrego smaku, to w akceptowalnym zakresie. Najbardziej błyskotliwe żarty są przy tym dość hermetyczne: jeden z prawdziwych berkowiczów opisanych w artykule „Wall Street Journal”, nazywa się Brian Dennehy. W filmie nie mogło więc zabraknąć aktora, noszącego takie samo nazwisko – zagrał epizodyczną rolę ojca jednego z bohaterów. W gruncie rzeczy to bezpretensjonalna, raczej nieszkodliwa rozrywka, pean na cześć przyjaźni, łatwo przyswajalny i równie łatwy do zapomnienia. Jeśli coś zasługuje na szczególną uwagę, to rzadki w komediach fakt, że bohaterowie mają całkiem poważne problemy: jeden z nich ciężko choruje, inny spędza czas na kozetce u psychoterapeuty, kolejny uczęszcza na mityngi Anonimowych Alkoholików. A to wszystko służy budowaniu postaci, nie stając się zarazem pretekstem do niewybrednych żartów.

Mimo wszystko „Berek” wpisuje się w niezmiennie popularny nurt komedii o podtatusiałych Piotrusiach Panach, którzy nie bardzo chcą dorosnąć – a przynajmniej próbują jak najdalej odsunąć od siebie obowiązki związane z dojrzałym wiekiem. Obecność Eda Helmsa w obsadzie nasuwa skojarzenia z trylogią „Kac Vegas”, ale do tego samego gatunku trzeba zaliczyć również filmy w rodzaju „Old School. Niezaliczonej”, „Złych sąsiadów” czy „Dużych dzieci” - opowieści, w których coś (alkohol i inne używki, wakacje z dala od rodziny, itp.) zmienia facetów w mentalnych nastolatków. Nawiasem mówiąc, to zazwyczaj rozrywka męskocentryczna: w Hollywood dorosłym Piotrusiom Panom rzadko towarzyszą dorosłe Wendy, a choć w „Berku” Hoagiego dzielnie wspiera wyszczekana małżonka, to przecież nie ona ustala zasady gry.

Ta ciągła pogoń za Nibylandią, za utraconą idyllą dzieciństwa, okazuje się wreszcie specyficznym doświadczeniem pokoleniowym. W gruncie rzeczy dla bohaterów berek jest tym samym, czym dla widzów nostalgiczne powroty do popkulturowych wspomnień z dzieciństwa: czekamy na kolejne „Gwiezdne wojny”, oglądamy „Stranger Things”, chodzimy na koncerty mocno już zużytych gwiazd rocka i popu, wierząc, że poczujemy się jak dzieciaki, dla których ogranie kumpli w kapsle było – choćby przez chwilę – najważniejszą sprawą na świecie.

„Berek”, USA 2018, reż. Jeff Tomsic, dystrybucja: Warner