To m.in. oryginalne „Gwiezdne wojny” należały do filmów, które zainspirowały wybitnego krytyka Jerzego Płażewskiego do wymyślenia terminu Kino Nowej Przygody. „Han Solo” idealnie wpisuje się w ten nurt: to widowisko w starym dobrym stylu, brawurowo łączące fantastykę z westernem i komedią kryminalną, kinem wojennym, a nawet opowieścią łotrzykowską. Nie jest może specjalnie odkrywczy, lecz czerpiąc ze sprawdzonych wzorców zapewnia rozrywkę na wysokim poziomie.

Realizacja tego filmu była sporym ryzykiem: próba zastąpienia Harrisona Forda w jednej z najsłynniejszych ról w historii kina zdaje się krokiem samobójczym. Zresztą prasowe doniesienia z planu wieszczyły rzeczy najgorsze: a to zmiana na stanowisku reżysera, a to trener aktorski zatrudniony na potrzeby grającego tytułową rolę Aldena Ehrenreicha, wreszcie kolejne dokrętki – jakby przynajmniej części dziennikarzy zależało na tym, żeby film okazał się artystyczną klęską. Tymczasem Han Solo – jak to on – wyszedł z tej opresji obronną ręką.

Sam pomysł, byśmy wreszcie zobaczyli to, o czym we wcześniejszych filmach się tylko wspominało, jest doskonały. Wreszcie przekonamy się, jak Han wszedł w posiadanie Sokoła Milenium i poznał Lando Calrissiana oraz w jakich okolicznościach po raz pierwszy spotkał Chewbaccę. No i dowiemy się, dlaczego w ogóle zdecydował się żyć na bakier z prawem. By nie zdradzać zbyt wiele – wszak zwroty akcji są tu liczne i zbyt łatwo o spoilery – Han, by ocalić ukochaną kobietę Qi'rę (Emilia Clarke), decyduje się zaciągnąć do imperialnej armii. Ale zamiast szkolić się na pilota, zostaje wysłany na front, skąd próbuje zdezerterować. Uda mu się to dzięki Tobiasowi Beckettowi (Woody Harrelson), przestępcy, zbierającemu ekipę do wykonania niebezpiecznego skoku. Kolejne wydarzenia następują w oszałamiającym tempie, nie tylko wypełniając luki w biografii Hana, lecz również dyskretnie splatając poboczne wątki z fabułą głównej serii „Gwiezdnych wojen”.

Alden Ehrenreich – świadomy, że jest skazany na porównania z Harrisonem Fordem – na szczęście nie próbuje naśladować swojego poprzednika. Owszem, powtarza niektóre jego gesty i zachowania, ale to jego własna interpretacja ikonicznej postaci. Trochę, jakbyśmy oglądali proces, w trakcie którego bohater dopiero staje się TYM Hanem Solo – jest odważny i zdeterminowany, ale jego nonszalancja jest wciąż podszyta naiwnością, a nadmierna pewność siebie wydaje się raczej maską niż prawdziwą cechą charakteru. Ehrenreich z tym arcytrudnym zadaniem poradził sobie nieźle, choć aktorsko odstaje od swoich kolegów z planu. Woody Harrelson świetnie wypada jako mentor Hana, Donald Glover w roli młodego Lando Calrissiana jest znakomity, więc decyzji koncernu Disneya, by poświęcić mu osobny film, można tylko przyklasnąć, choć – podobnie jak było w przypadku „Łotra 1” – najwięcej charyzmy oraz najlepsze dialogi ma robot. L3-37, kapitalnie zdubbingowana przez Phoebe Waller-Bridge znaną m.in. z serialu „Fleabag”, jest feministką, walczącą o wyzwolenie i równouprawnienie maszyn (na marginesie: sceny rewolucji robotów nie powstydziłby się nawet Stanisław Lem). Ciekawych, drugoplanowych bohaterów, pojawia się tu zresztą więcej: choćby Enfyst Nest, przywódca piratów rywalizujących z Beckettem o łup, to postać, która zasługuje na osobną – choćby komiksową – opowieść.

Możemy tylko domyślać się, jak wyglądałby „Han Solo”, gdyby do końca na stanowiskach reżyserów wytrwali Phil Lord i Christopher Miller. Pewnie byłby zabawniejszy – choć humoru, szczególnie wynikającego z relacji między postaciami, i tak tu nie brakuje – i z pewnością odważniejszy w przełamywaniu gatunkowych schematów. Pracę nad filmem dokończył jednak Ron Howard i jego dzieło jest może chwilami zachowawcze i zbyt bezpieczne, ale jednocześnie doskonale wpasowuje się w ustalony przez oryginalną trylogię kanon. Zachowuje wizualną i logiczną spójność ze „starymi” częściami sagi, ale nie jest wyłącznie ukłonem w stronę najbardziej zagorzałych fanów „Gwiezdnych wojen”. I – co wydaje mi się równie ważne – nie sprawia wrażenia rozciągniętej reklamy nowej serii zabawek: nie ma tu żadnych porgów, żadnych Jar Jar Binksów, nowych modeli mieczy świetlnych ani rozkosznych, okrągłych robocików. Tak jak wcześniej „Łotr 1”, „Han Solo” – choć utrzymany nieco innym stylu – traktuje widzów serio i to jest klucz do sukcesu. W gwiezdnowojennych spin-offach moc jest dziś większa niż w podstawowym cyklu.

Han Solo: Gwiezdne wojny – historie”, USA 2018, reżyseria: Ron Howard, dystrybucja: Disney, czas: 135 min