Niezależnie od szeregu innych skojarzeń wywoływanych przez „Śmierć…” – emanującą chociażby anarchistyczną energią rodem z braci Coen – trzeba przyznać, że posiada ona także wyraźny rys autorski. Ianucci, twórca świetnego filmuIn the Loop” i nagradzanego serialu „Figurantka”, po raz kolejny udowadnia, że jak mało kto potrafi poruszać się po hermetycznym świecie polityki. Bezpardonowo wykpiwając absurdy walki o władzę trwającej w ZSRR po śmierci Józefa Stalina, Brytyjczyk o włoskich korzeniach udowodnił także, że nie boi się wzbudzania kontrowersji.

Prowokacja Iannucciego może spodobać się tym bardziej, że więcej niż o ZSRR Anno Domini 1953 mówi o świecie, w którym żyjemy dziś. Kierowane pod adresem filmu protesty rosyjskich oficjeli potwierdzają, że w ich ojczyźnie Stalina wciąż wspomina się z kuriozalną nostalgią. Jeszcze ciekawsze wnioski nasuwają się po lekturze tekstów części brytyjskich historyków. Szacowni uczeni zarzucają Iannucciemu, że w swoim filmie nie akcentuje wystarczająco cierpienia ofiar komunistycznego terroru. Pozornie szlachetne pobudki w rzeczywistości skrywają w sobie próbę ograniczania swobody wypowiedzi artystycznej i próby wpisania poczucia humoru w trudną do zdefiniowania kategorię „stosowności”.

Iannucci w „Śmierci Stalina” wydaje się wyznawcą starej, dobrej zasady, zgodnie z którą żart można rozliczać wyłącznie z jego jakości. Ta natomiast okazuje się zwykle bardzo wysoka. Ozdobę filmu Brytyjczyka stanowią kunsztowne pojedynki słowne pomiędzy walczącymi o schedę po Stalinie politykami („- Chciałbym przemawiać na pogrzebie…” – „A ja chciałbym przelecieć Grace Kelly!”). Doskonałe dialogi mają tę dodatkową zaletę, że utrzymują uwagę widza także w końcówce filmu, gdy wątek walki o sukcesję staje się zagmatwany do granic, a przez to zwyczajnie nużący.

„Śmierć Stalina” to jednak nie tylko komizm słowny, lecz także humor sytuacyjny, który doskonale obnaża absurd rządzących światem polityki konwenansów. Wzniosłość dyplomatycznego ceremoniału bawi tym bardziej, gdy zestawi się ją z egoistycznymi motywacjami żądnych władzy bohaterów. Wynikający z tego kontrastu chaos wprawia radzieckich dygnitarzy w stan absolutnej dezorientacji, a przez to odbiera im cały majestat i potencjalną grozę. Upokarzając pozornie uprzywilejowanych, Iannucci przypomina, że humor pozostaje w swej istocie rewolucyjny. Dzięki jego sile zyskujemy przekonanie, że nic nie jest dane raz na zawsze, a tragedia w każdej chwili może zamienić się w farsę. Czy można zatem dziwić się, że wszelka władza niczego nie boi się tak bardzo jak śmieszności?

"Śmierć Stalina"; reż: Armando Iannucci; w kinach od 27 kwietnia