Luźno opartą na faktach historię autorka dzieli na dziewięć rozdziałów, z których każdy składa się z jednego długiego ujęcia. Opowieść inicjuje scena w damskiej toalecie, gdzie nasza bohaterka Mariam (doskonała Mariam Al Ferjani) zamienia niefortunnie rozdartą kieckę na dostarczoną przez przyjaciółkę z akademika, odważną satynową sukienkę, eksponującą znacznie więcej ciała niż poprzedni ciuch. Znaczenie wydekoltowanego stroju Mariam nigdy nie jest literalnie dyskutowane w filmie, ale reżyserka z miejsca wysyła subtelny sygnał w kierunku wkodowanych nam kulturowo seksistowskich wyobrażeń, każących skojarzyć „nieodpowiednie” kobiece ubranie z niechybnymi kłopotami. I one rzeczywiście następują.

Najpierw jednak będzie beztroska, chichoty, radosne pląsy na parkiecie i selfie z koleżankami. Mariam jest jak ucieleśnienie niewinnej, witalnej młodości – i nic dziwnego, że przystojny nieznajomy, którego później poznamy jako Youssefa (przekonujący Ghanem Zrelli) nie może oderwać od dziewczyny wzroku, co zresztą zdaje się jej schlebiać. Ten schemat także znamy: młoda kobieta niezobowiązująco flirtuje, a rozochocony mężczyzna stopniowo przekracza granice. I wygląda na to, że to właśnie się dzieje, gdy w następnym ujęciu widzimy już, jak ów nieznajomy z imprezy goni ulicą zrozpaczoną, sponiewieraną Mariam.

Od razu zaczynamy nienawidzić Youssefa, aby po chwili odkryć – jeśli ktoś uzna to za spoiler, proszę dalej nie czytać, ale zdradzam tu wydarzenia z pierwszych dziesięciu minut filmu – że jest on prawdopodobnie jedynym sprzymierzeńcem studentki zgwałconej przez miejscowych policjantów.

Przez następne półtorej godziny Ben Hania funduje nam wyczerpujący psychicznie spektakl z bezbronną i zastraszaną dziewczyną w roli głównej. Reżyserka nie idzie jednak w estetykę szoku à la „Nieodwracalne” Gaspara Noego, lecz ufa wyobraźni widzów. Maltretowanie fizyczne odbywa się między kadrami, a my widzimy jedynie następstwa przemocy i jesteśmy zmuszeni zgadywać, co się wydarzyło, a co zaraz się wydarzy. To wszystko i tak wystarcza, by trzymać nas praktycznie non stop w emocjonalnym szachu.

W towarzystwie Youssefa Mariam udaje się do prywatnej kliniki celem uzyskania medycznego potwierdzenie napaści. Recepcjonistka zrywa się z krzesła, aby... przedyskutować z pielęgniarzem palącą kwestię, czy kawa w automatach nie jest czasem rozrzedzana. Mur obojętności, biurokracja, jaśniepaństwo. Znamy to z wybitnego „Klinczu” Vondiego Curtisa-Halla i dziesiątek innych tytułów, być może także z autopsji.

Potem jest szpital publiczny, jeden komisariat, drugi. Wszędzie w najlepszym razie kpiny, uśmieszki politowania, w najgorszym – otwarta wrogość. Wbrew pozorom postaci nie są zerojedynkowe: trafia się poczciwy, choć stłamszony przez maczystowskich kolegów starszy gliniarz, trafia się autentycznie przejęta losem Mariam, choć zarazem oceniająca ją moralnie pielęgniarka. Są i jednostki bezbrzeżnie zwyrodniałe, jednak zasadniczo – wskazuje reżyserka – winny jest system, na każdym poziomie tunezyjskiego społeczeństwa: od policji po personel szpitala i media, uosabiane tu przez dziennikarkę, która najpierw obiecuje pomoc, węsząc sensacyjny temat, by następnie spławić naszą protagonistkę. „Cały kraj jest więzieniem”, stwierdza w pewnym momencie zrezygnowany Youssef.

Temat korelacji władzy z przemocą wobec kobiet rzadko kiedy podejmowany jest tak bezkompromisowo w kinie tunezyjskim, a nawet w całym świecie arabskim, toteż Ben Hania zasługuje na uznanie za samo narażenie się fundamentalistom politycznym i religijnym w swojej ojczyźnie. „Piękna i bestie” wpisuje się w feministyczne przebudzenie Tunezyjek po obaleniu reżimu Ben Alego, a jednocześnie jawi się jako apel o nieskładanie broni. Przypomina, że prokobiece regulacje prawne, sukcesywnie wprowadzane przez nowy rząd, w praktyce wciąż bardzo trudno wyegzekwować. Patriarchat trzyma się mocno.

Trzyma się tak zresztą nie tylko w Tunezji i krajach afrykańskich. Film z jednej strony w oczywisty sposób koresponduje z akcją #MeToo, z drugiej – przywodzi na myśl fale brutalności zachodniej policji, w tym statystyki przytoczone swego czasu przez „Washington Post”, według których dwie na pięć młodych kobiet, z czego połowa pochodząca z mniejszości etnicznych, zgłaszało molestowanie seksualne przez nowojorskich funkcjonariuszy. W polskiej prasie też skądinąd pojawiały się artykuły o mobbingu w lokalnej policji, który oficjalnie – jako i tunezyjski – nie istnieje.

Kibicujemy zatem Mariam na poziomie uniwersalnym – jako kobiecie w nierównej walce z mizoginicznym systemem. A ponadto kibicujemy jej tym silniej, że nie jest żadną Wonder Woman, buntowniczką czy wyzwoloną feministką, lecz zalęknioną muzułmańską dziewczyną z prowincji, „najsłabszym ogniwem” tak w swoim, jak i w naszym świecie. Mimo to nie daje się uciszyć ekranowym przeciwnikom i podejmuje niemal nadludzkie wysiłki celem ujawnienia procederu. Ben Hania stawia sprawę jasno: w jawności siła.

„Piękna i bestie”; Tunezja / Francja / Szwecja / Norwegia / Liban / Katar / Szwajcaria 2017; reżyseria: Kaouther Ben Hania; dystrybucja: Aurora; czas: 100 min