Skutki krwawego konfliktu pomiędzy reżimem Baszszara al-Asada a bojownikami rebeliantów unaoczniali nam dotąd głównie dokumentaliści, jak Orlando von Einsiedel w nagrodzonych Oscarem „Białych hełmach”, Feras Fayyad w nominowanych do Nagrody Akademii „Ostatnich w Aleppo” czy Matthew Heineman w niedawnym „Mieście duchów”. Belgijski reżyser Philippe Van Leeuw zdecydował się na fabułę, lecz paradoksalnie to właśnie jego film najdobitniej ze wszystkich wymienionych uwypukla wstrząsające realia życia w kraju ogarniętym wojną.

Teoretycznie „W czterech ścianach życia” wpisuje się z jednej strony w podgatunek home invasion, czyli horror o oblężonym domostwie, z drugiej – w klaustrofobiczny thriller rozgrywany na ograniczonej przestrzeni; zasadnym przykładem będzie tu np. „Telefon” Joela Schumachera z Colinem Farrellem jako nieszczęśnikiem uwięzionym w budce telefonicznej i trzymanym na muszce przez snajpera-psychopatę. Jednak w trakcie seansu filmu Van Leeuwa trudno pozbyć się oporów natury moralnej, czy aby na pewno takie etykietowanie i stawianie w jednym rzędzie z hollywoodzkimi dreszczowcami przystoi w przypadku dzieła tak mocno zakorzenionego w trudnej teraźniejszości.

Inne odczucie: dramat Van Leeuwa mógłby się doskonale sprawdzić jako spektakl teatralny. Nie tylko dlatego, że cała akcja rozgrywa się podczas jednej doby w jednym mieszkaniu w opustoszałym budynku w Damaszku, ale również z tego powodu, że to intymne studium na temat wpływu wojny na zwykłych ludzi wygrywane jest głównie aktorskimi środkami wyrazu.

Wybitna izraelska aktorka Hiam Abbas („Blade Runner 2049”) przewodzi wielopokoleniowej obsadzie jako Oum Yazan, matriarcha rodziny próbującej funkcjonować w obliczu stałego zagrożenia ze strony bomb, snajperów rozsianych po okolicy i agresywnych szabrowników-gwałcicieli. W zaryglowanym na cztery spusty mieszkaniu Oum znajdują się także jej teść, młodziutki syn, dwie nastoletnie córki, chłopak jednej z nich, pokojówka Delhani oraz Samir i Halima, młoda para z niemowlęciem, która znalazła schronienie u sąsiadki, po tym jak ich lokum piętro wyżej zostało zniszczone przez ostrzał.

Mimo że cała przemoc dzieje się poza ekranem, Van Leeuw potrafi bardzo sugestywnie ją uwydatnić. O ile klawiszowa muzyka Jean-Luca Fafchampsa bywa momentami aż przedramatyzowana, o tyle efekty dźwiękowe, jak odgłosy nisko przelatujących helikopterów, strzelanin i wybuchów, niekiedy odległych, kiedy indziej niepokojąco bliskich, robią piorunujące wrażenie.

Największy horror rozgrywa się jednak na twarzach bohaterów, pokazywanych częstokroć w zbliżeniach przez pochodzącą z Poznania absolwentkę łódzkiej filmówki Virginie Surdej („Szatan kazał tańczyć”). Belgijsko-polska operatorka, mając do dyspozycji jedynie kilka zaciemnionych pokoi, kawałek korytarza i balkon z widokiem, świetnie wykorzystuje także światło bijące z jasnej kuchni lub przezierające przez szpary między zasłonami w salonie.

Bezbłędnie przebiega również koordynacja naturszczyków, wśród których znajdują się głównie młodzi syryjscy uchodźcy, z doświadczonymi aktorami. Przede wszystkim z Hiam Abbas, która jako ostentacyjnie oschła, pełna życiowej mądrości opiekunka grupy daje jeden z najlepszych występów w karierze. Na surowej, pooranej zmarszczkami twarzy Oum wypisane jest wszystko: świadomość beznadziejnej sytuacji, matczyna troska, odpowiedzialność za innych, ale i instynkt przetrwania oraz potężna determinacja.

Imponuje także libańska aktorka Diamand Bou Abboud, gwiazda nominowanego w tym roku do Oscara dramatu „L’insulte”, która w roli Halimy rozdzierająco ukazuje zbrukaną niewinność.

Wątek napaści na tle seksualnej, gdzie jedna z postaci zostaje pozostawiona przez resztę domowników na pastwę losu, nie tylko generuje dodatkowe napięcie, ale też pozwala twórcy zadać etyczne pytanie o granice egocentryzmu i kalkulacji w przypadku śmiertelnego niebezpieczeństwa. Film przenosi się wówczas z poziomu przygnębiającej opowieści o syryjskiej rodzinie na nie mniej dojmującą płaszczyznę uniwersalną, obrazującą narastający konflikt w przestrzeni domowej, jaki mógłby stać się udziałem każdego z nas, nawet w czasach pokoju.

Otwarte, niejednoznaczne zakończenie wpierw nieco frustruje, by po chwili uzmysłowić, że brak kulminacji jest tu kulminacją bodaj najwłaściwszą. Film się kończy, wojna trwa.

„W czterech ścianach życia”; Belgia / Francja / Liban 2017; reżyseria: Philippe Van Leeuw; dystrybucja: Aurora; czas: 85 min