The Room” to legenda. Zasłużenie uznawany za jeden z najgorszych filmów, jakie kiedykolwiek powstały, swoją nieudolnością zapracował na status dzieła kultowego. Papierowe postaci, urywające się wątki, fatalne dialogi i jeszcze gorsze aktorstwo – jeśli tylko będziecie mieć szansę, zobaczcie go w kinie, z publicznością wygłaszającą dialogi wraz z aktorami. Niepowtarzalne doświadczenie. „The Room” miał dać jego twórcy, Tommy’emu Wiseau, przepustkę do Hollywood. Zamiast tego pociągnął go – i resztę ekipy – na dno, zapisując się w kronikach kina jako artystyczne kuriozum. Po premierze, w trakcie której publiczność wyła ze śmiechu, Wiseau robił dobrą minę do złej gry, udawał, że o taki właśnie efekt mu chodziło, jednak naprawdę pragnął zrobić coś zupełnie innego. Chciał nakręcić prawdziwy dramat, który byłby odbiciem jego prywatnych doświadczeń. Monstrualny przerost ambicji zderzony z absolutnym brakiem umiejętności i wiedzy, jak działa kino, zaowocował katastrofą.

Po latach „The Room” zdobył jednak wiernych widzów, oglądających go dziesiątki razy, punktujących fabularne i techniczne potknięcia. Doczekał się nawet fanowskiej gry komputerowej, nie wspominając już o dziesiątkach mniej lub bardziej poważnych analiz filmoznawczych. A kulisy realizacji zdradził w swojej książce „The Disaster ArtistGreg Sestero, aktor grający jedną z głównych ról, a zarazem przyjaciel i przez pewien czas współlokator Tommy’ego Wiseau.

Książka Sestero to samograj. Zabawna, złośliwa, pełna pysznych anegdot jest nie tylko wspomnieniem pracy z ekscentrycznym twórcą, lecz także spojrzeniem za kulisy hollywoodzkiego przemysłu. Ale nie tego, który kojarzymy z blichtrem, sławą i czerwonymi dywanami. To Hollywood odrzuconych, tych, którzy nie mieli wystarczająco dużo talentu, szczęścia i determinacji, by wedrzeć się do grona wybranych. Ekranizacja „The Distaster Artist” jest więcej niż udana – inteligentna i błyskotliwa nie zmienia się w ciąg gagów z planu filmu kręconego przez nieudaczników, lecz staje się przewrotną refleksją na temat sławy, przemysłu filmowego, relacji interpersonalnych. Zderzenie hollywoodzkich fantazji z brutalną rzeczywistością jest bolesne, a przecież nieodparcie zabawne. Świetnie obsadzony, wyreżyserowany lekką ręką film jest jedną z najbardziej wdzięcznych opowieści o fabryce snów (czy może w tym przypadku: koszmarów), jakie trafiły na ekrany kin w ostatnich latach. Ale inspirowany książką Sestero, nominowany do Oscara scenariusz Scotta Neustadtera i Michaela H. Webera sprawdziłby się w równie udany film także w rękach innego reżysera. Jednak to, że na ekran przeniósł go James Franco, ma olbrzymie znaczenie.

Pod każdym względem kariera Franco jest rewersem losów Tommy’ego Wiseau. Franco jest zdolny, przystojny, popularny, zdystansowany do swojej kariery i pozycji, świadomy swoich słabych i mocnych stron. Jasne, jako twórcy można mu wiele zarzucić: robi zbyt wiele i zbyt szybko (jest przecież nie tylko aktorem i reżyserem, lecz także pisarzem i artystą wizualnym), często rozmienia swój talent na drobne, odpuszcza role, na których mu nie zależy. Ale wystarczy wspomnieć choćby jego nominowaną do Oscara rolę w „127 godzinach”, świetny występ w serialu „11/22/63” według powieści Stephena Kinga czy ambitne (choć nierówne) reżyserskie próby adaptacji prozy Williama Faulknera i Cormaca McCarthy’ego, by przekonać się, że mamy do czynienia z twórcą nietuzinkowym, poszukującym, skłonnym do ryzyka – trudno, żeby wśród jego dokonań nie znalazły się mniejsze lub większe potknięcia.

A jednak Franco dostrzegł w reżyserze „The Room” bratnią duszę. Tommy Wiseau nie jest dla niego wyłącznie przedmiotem kpin, lecz także nieoczywistym źródłem inspiracji i obiektem podziwu. Wiseau, człowiek znikąd (jedna z teorii głosi, że pochodzi z Polski, on sam jednak tego nigdy nie potwierdził), na dodatek ze sporym zapasem gotówki niewiadomego pochodzenia, postanowił spełnić swoje marzenie i przebojem wedrzeć się na hollywoodzki szczyt. „The Room” napisał, wyprodukował, wyreżyserował i zagrał w nim główną rolę. Za własne pieniądze wprowadził film do dystrybucji (wyświetlały go dwa kina w Los Angeles, zarobił ok. 1,8 tys. dolarów), żeby spełnić wymogi konieczne do ubiegania się o oscarowe nominacje. I poniósł sromotną klęskę: „The Room”, oglądany w dużym gronie, w sali kinowej , jest co prawda histeryczną, ekstrawagancką rozrywkę, lecz analizowany na chłodno naprawdę okazuje się wyjątkowo złym filmem. Wiseau jest co prawda postacią kultową, lecz po porażce swojego filmu właściwie nigdy się nie podniósł – z niebytu wydobył go właśnie Franco. I można przy okazji powiedzieć, że dość bezczelnie go wykorzystał.

Promując film występował z Wiseau, odbierając – zasłużony! – Złoty Glob za najlepszą rolę w musicalu lub komedii zabrał go nawet na scenę, lecz nie dopuścił do głosu. Na każdym kroku przyznawał, ile niefortunnemu twórcy zawdzięcza, ale jednocześnie zamienił go w hollywoodzki odpowiednik cyrkowej małpki, obwoźnego eksponatu, który ma przyciągnąć dodatkową uwagę gapiów. Nie on pierwszy – wszak także Sestero w swojej książce wystawił na sprzedaż przyjaźń z reżyserem „The Room”.

Paradoksalnie to właśnie dzięki temu Wiseau – ponad piętnaście lat po premierze własnego filmu – ostatecznie zdołał spełnić swoje marzenie. Droga do jego realizacji była pokrętna i wyboista, ale doprowadziła go do celu. „The Room” prawdopodobnie na zawsze pozostałby rarytasem dla koneserów filmowej szmiry. Teraz, dzięki Jamesowi Franco, Złotym Globom i oscarowej nominacji dla scenarzystów, usłyszał o nim cały świat.

„Disaster Artist”, reż. James Franco, dystrybucja: Warner