Niedługo po Arabskiej Wiośnie salaficka organizacja terrorystyczna ISIS rozpoczęła ekspansję na terytoria Iraku i Syrii. Z początkiem 2014 roku zajęła Rakkę, która odtąd miała stanowić nieformalną stolicę Państwa Islamskiego i centrum planowania zamachów terrorystycznych za granicą. To właśnie w Rakce dżihadyści dopuszczali się największych okrucieństw, jak publiczne egzekucje przez ścięcie, rozstrzelanie lub ukrzyżowanie. I to właśnie tam garstka aktywistów utworzyła tajny ruch dziennikarstwa obywatelskiego o bardzo wymownej nazwie Raqqa is Being Slaughtered Silently (Rakka jest zarzynana po cichu), w skrócie RBSS.

Skromna grupa uformowana głównie ze studentów, ale także byłych nauczycieli czy filmowców-amatorów, działała najpierw lokalnie, stopniowo rozszerzając zasięg na inne kraje regionu, a w końcu cały świat. Ujawnianie horrorów reżimu sprowadziło na działaczy śmiertelne niebezpieczeństwo i gdy kolejni liderzy RBSS zaczęli ginąć z rąk dżihadystów, garstka pozostałych uciekła do Turcji i Niemiec.

Opuszczenie Syrii bynajmniej nie zagwarantowało bohaterom bezpieczeństwa. Wkrótce potem Naji Jerf, ojciec całego ruchu, który – według słów samych zainteresowanych – nauczył resztę dziennikarstwa i „pokazał, że pióro jest silniejsze od miecza”, został zamordowany w tureckim Gaziantep. Zastrzelono go w biały dzień na ruchliwej ulicy w samym centrum miasta. Była to oczywista zemsta za postawienia się ISIS.

Po śmierci Jerfa jego przyjaciołom udało się dostać przyspieszone wizy od rządu niemieckiego. W Berlinie zapragnęli założyć rodziny, mieć dzieci, po prostu żyć normalnie – nie rezygnując przy tym z walki z Państwem Islamskim. Na odległość, lecz przy stałej współpracy z kilkunastoma korespondentami pozostałymi w Syrii. „Ta historia powinna być właśnie o nich. O naszych korespondentach w Rakce”, słyszymy w pewnym momencie z ekranu. I film poniekąd oddaje hołd także tym dzielnym cywilom uzbrojonym w smartfony, za sprawą których puszczali w obieg nagrania dokumentujące zbrodnie ISIS. Widzimy, jak rozsierdzeni ekstremiści zamykają kafejki internetowe i demontują talerze satelitarne, aby odizolować Rakkę od świata i powstrzymać wyciek informacji.

Ale korespondenci nie zajmowali się jedynie newsami na użytek świata zewnętrznego. Tworzyli także na miejscu kampanie świadomościowe, oblepiając słupy plakatami, malując graffiti na murach, publikując magazyn „Dabba” – z tą samą okładką, co magazyn wypuszczany przez ISIS, tak że dopiero po otwarciu czytelnik orientował się, że to co innego.

Dokument Heinemana pokazuje jednak siłę sprawczą mediów nie tylko po dobrej stronie mocy. Państwo Islamskie na pierwszym etapie rozwoju korzystało jedynie z telefonów, ale każdy film po zdobyciu Rakki był już profesjonalnie nagrany – rzecz jasna po to, by efektywniej werbować nowych wyznawców. Propagandowe filmy ISIS wykorzystują technikę rodem z Hollywood, co reżyser uzmysławia nader dobitnie, pokazując m.in. sceny autentycznych egzekucji kręcone w slow motion.

Podobne materiały werbunkowe stanowią sprytny wabik szczególnie na młodzież, a szkolone na zamachowców samobójców dzieci to podstawowe paliwo ISIS. „Jesteśmy młodymi lwami Kalifatu i nie spoczniemy, póki nie osiągniemy męczeństwa lub zwycięstwa”, deklarują chórem małoletni żołnierze w jednej ze scen. Są rekrutowani nie tylko nagraniami wideo – dostają od dżihadystów także gry komputerowe, pieniądze, telefony czy słodycze. „Rzeczy, których nie dostaną od rodziców”, podsumowuje członek RBSS. Ale dorośli bojownicy też nie stronią od specyficznych rozrywek – we wstrząsającej scenie widzimy, jak grają w osobliwe „Grand Theft Auto” w prawdziwym życiu, rozstrzeliwując kierowców i pasażerów przypadkowych samochodów.

Dziś już wiemy – a takiej wiedzy nie mogą jeszcze posiadać bohaterowie filmu – że w październiku ubiegłego roku kurdyjsko-arabskie Syryjskie Siły Demokratyczne odbiły Rakkę z rąk dżihadystów. To budujące, choć pozbycie się ISIS ani nie rozwiązuje problemu na dłuższą metę, ani nie neguje sensu dalszej działalności RBSS. „Nie wystarczy tylko pokazywać zbrodnie Państwa Islamskiego. Trzeba walczyć z jego ideologią. W Rakce czy gdziekolwiek indziej na świecie”, mówi rzecznik syryjskich dziennikarzy. „Przykład Rakki nauczył nas, że w miejsce jednej rozbitej grupy natychmiast powstaje nowa (…). Trzeba stworzyć rząd, który stanie za ludźmi”, dodaje.

Heineman wzmacnia ten przekaz końcowymi przebitkami: kilkulatek „podrzynający gardło” pluszowemu misiowi, zamachy we Francji, zamach w klubie gejowskim Pulse na Florydzie, zamach w Berlinie, gdzie ciężarówka wjechała w jarmark bożonarodzeniowy, wreszcie sceny z marszu niemieckich neonazistów („Nauczymy te świnie biegać. Dostaną bilet w jedną stronę do Turcji. Deportować ich!”, grzmi przez megafon jeden z faszystów) i muzułmańskiej kontrmanifestacji. To wszystko dzieło radykałów zainspirowanych przez ISIS, konkluduje reżyser, może i mało odkrywczo – wszak sięga po materiały od dawna dostępne w przestrzeni publicznej – niemniej przejmująco.

„Miasto duchów” zaczyna się i kończy klamrą konstrukcyjną – syryjscy dziennikarze na gali w Nowym Jorku odbierają Międzynarodową Nagrodę Wolnej Prasy, a ze sceny padają słowa, że to wyróżnienie dla dzielnych mężczyzn i kobiet z RBSS. Tylko gdzie są kobiety? W filmie widzimy jedynie żonę jednego z bohaterów oraz muzułmanki opłakujące śmierć Jerfa; żadna kobieta nawet przez sekundę nie wypowiada się do kamery. Oddanie głosu choć jednej aktywistce z pewnością przydałoby tutaj wartości poznawczej, jak i nieco usubtelniłoby obraz oparty na konwencjonalnej narracji męskocentrycznej.

Ale to jedyny większy zgrzyt w tym ważnym filmie o osobistym poświęceniu i istotności dostępu do wolnych mediów. Filmie, który idealnie nadaje się na podwójny seans zarówno z ubiegłorocznymi „Ostatnimi w Aleppo”, jak i nadchodzącą „Czwartą władzą” Spielberga. Trzeba zobaczyć, bo z perspektywy naszych wygodnych foteli jesteśmy winni Syryjczykom chociaż tyle, by nie odwracać wzroku od ich historii.

„Miasto duchów”; USA 2017; reżyseria: Matthew Heineman; dystrybucja: Mayfly; czas: 92 min