Na polu kina biograficznego „Czas mroku” bodaj najbardziej przypomina „Lincolna” Stevena Spielberga. Oba filmy mówią o wybitnych i zarazem mocno kontrowersyjnych politykach, oba przynoszą wyborne popisy aktorskich kameleonów, tu – Oldmana, tam – Daniela Day-Lewisa. Ale kluczowe jest podobieństwo fabularne: oba filmy koncentrują się na krótkich epizodach z życia swoich bohaterów, a zarazem na tych epizodach, dzięki którym zapisali się złotymi zgłoskami na kartach historii. W „Lincolnie” Spielberg obrazuje starania prezydenta o uchwalenie 13. poprawki znoszącej niewolnictwo, natomiast w „Czasie mroku” Joe Wright zawęża intrygę do kilku majowych dni 1940 roku, kiedy to Winston Churchill został po raz pierwszy wybrany premierem Wielkiej Brytanii.

Akcja filmu zawiązuje się w newralgicznym momencie dla brytyjskiego parlamentu – Hitler najechał już na Polskę i Czechosłowację i sukcesywnie przejmuje większość Europy, wobec czego Neville Chamberlain (Ronald Pickup) zdaje się bezradny. Opozycja żąda więc mianowania nowego premiera – zdolnego przeprowadzić Królestwo przez tytułowy „czas mroku” czy też, uściślając, „najciemniejszą godzinę” (film w oryginale nosi tytuł „Darkest Hour”).

Tracący zaufanie społeczne Chamberlain podaje zatem swój gabinet do dymisji, a po zaskakującej odmowie wpływowego lorda Halifaksa (Stephen Dillane) nieoczekiwanie namaszcza na następcę ekscentrycznego, nielubianego Churchilla, pozostającego wówczas w głębokiej izolacji politycznej. Jeszcze tego samego dnia, 10 maja, król Jerzy VI (Ben Mendelsohn) niechętnie, bo niechętnie, ale powierza Churchillowi misję tworzenia rządu – w chwili gdy Francja chyli się ku upadkowi, a 300 tysięcy brytyjskich żołnierzy zostaje osaczonych na plażach Dunkierki przez nazistów. Tym samym film daje nam możliwość podejrzenia Operacji Dynamo niejako od kuchni, dokumentując dni poprzedzające wydarzenia pokazane w „Dunkierce” Christophera Nolana; idealny materiał na podwójny seans, swoją drogą.

Po objęciu stanowiska premiera Churchill staje więc przed iście szekspirowskim dylematem, czy układać się z Hitlerem, do czego jest gorąco namawiany przez członków własnej partii, z Halifaksem na czele, czy prowadzić wojnę z Niemcami do samego końca. Ostateczną decyzję podejmuje pod wpływem spontanicznej rozmowy z szarymi obywatelami, głównie kobietami, a nawet jednym czarnym Brytyjczykiem (!), podczas rzekomo pierwszej w życiu podróży metrem. Zważywszy na Churchillowy rasizm, klasizm i seksizm (premier był zdecydowanym przeciwnikiem praw wyborczych kobiet, swego czasu nakazał nawet policji używanie brutalnych metod wobec sufrażystek), fantazja poniosła tutaj scenarzystę zdecydowanie za daleko, niemniej na podniośle patriotyczny ton filmu cała scena pracuje równie wydatnie, co pierwsze płomienne przemówienie Churchilla przez radio, kiedy to obwieszcza Brytyjczykom, że „nie ma do zaoferowania nic ponad krew, znój, łzy i pot”. 

Nie da się ukryć, że Wrighta interesuje przede wszystkim krzepiąca opowieść o przemianie problematycznego polityka, który przez własnych kolegów jest postrzegany jako kapryśny podżegacz wojenny, w lidera wielbionego przez cały naród oraz co najmniej cenionego przez przeciwników i nieprzychylnego mu z początku króla. Nie znaczy to jednak, że film jest względem Churchilla bezwstydnie czołobitny. Wright wyciąga wszystkie znaczące klęski polityka: od katastrofalnej inwazji na półwysep Gallipoli w czasie, gdy przyszły przywódca był jeszcze Pierwszym Lordem Admiralicji, przez owocujące deflacją i bezrobociem pomyłki ekonomiczne z czasów, gdy sprawował funkcję Kanclerza Skarbu, po nieprzejednaną postawę kolonialną wobec Indii. Tyle że paradoksalnie, na zasadzie efektownego kontrastu, wszystkie te błędy tylko podbijają słuszność tej jednej najważniejszej, fundamentalnej decyzji o odrzuceniu pokojowych propozycji Hitlera, co w dalszej perspektywie okazało się zbawienne dla Anglii i Europy w ogóle.

Uznać film za pustą laurkę nie pozwala także zniuansowana kreacja Oldmana – tym bardziej imponująca, że choć aktor jest ukryty pod kilogramami lateksu, to wbrew obawom nie idzie w ślady Meryl Streep odtwarzającej manieryzmy Margaret Thatcher tyleż perfekcyjnie, co robotycznie, lecz gestem, spojrzeniem i nade wszystko głosem buduje pełnowymiarową postać z krwi i kości; pokazuje ludzką stronę brytyjskiej ikony, nie stroniąc wszak od utartego w popkulturze wizerunku zrzędliwego, bełkoczącego buldoga z nieodłącznym cygarem w pysku. Oldman wydobywa z postaci całe spektrum emocji – jego Churchill jest irytujący i kłótliwy, bywa sfrustrowany, zagniewany, zdesperowany, a przy tym nigdy nie traci specyficznego poczucia humoru. To będzie zasłużony Oscar.

Należy przy tym dodać, że na tego niemal już pewnego Oscara pracuje cała obsada i ekipa. Oldman dostaje świetnych kontrpartnerów w osobie aktorów odgrywających polityków i inne postaci z jego życia. Znakomita jest Kristin Scott Thomas w roli symultanicznie silnej i podporządkowanej mężowi Clementine Churchill, kobiety, która potrafiła „oswoić bestię”, a zarazem usunęła się w cień, świadomie ustępując miejsca pierwszej miłości męża – polityce. Dobra jest Lily James jako sekretarka Churchilla, Elizabeth Nel, której początkowe przerażenie sarkastycznym i porywczym szefem stopniowo ustępuje miejsca fascynacji – analogicznie do odczuć widza, którego Nel poniekąd reprezentuje: to jej niepewnymi, przestraszonymi oczami pierwszy raz widzimy bohatera, jeszcze jako wyalienowanego, zdziadziałego chimeryka w piżamie, i jej rozanielonymi oczami odprowadzamy go później, w chwili publicznego triumfu, już po przemianie w męża stanu. To cwany zabieg narracyjny – i nie ma znaczenia fakt, że prawdziwa Nel nie zaczęła pracować dla Churchilla przed wydarzeniami ukazanymi na ekranie.

Jako że film opiera się głównie na dialogu i przez większość czasu rozgrywa za zamkniętymi drzwiami, w zadymionych pomieszczeniach, operator Bruno Delbonnel miał szczególnie trudne zadanie, z którego jednakże wychodzi z tarczą. Kompozycja kadrów, oświetlenie, wycyzelowane w punkt zbliżenia na protagonistę – praktycznie każda klatka filmu działa na korzyść Oldmana. Montaż Valeria Bonelliego i kompozycje Daria Marianellego także robią swoje, a wszystko to bezbłędnie spina Joe Wright, reżyser z doskonałym wyczuciem rytmu – ten sam, który cokolwiek zmurszałą klasykę, jak „Duma i uprzedzenie” czy „Anna Karenina”, potrafił swego czasu przekuć w porywające spektakle.

Nie odmawiając wielkości Oldmanowi, trzeba sobie zatem uświadomić znaczenie tego całego sztabu ludzi – jeszcze charakteryzatorów, kostiumologów etc. – dla finalnego efektu. Wszakże Brian Cox w również zeszłorocznym „Churchillu” Jonathana Teplitzky’ego zinterpretował premiera podobnie znakomicie, co Oldman, ale film położyła fatalna reżyseria i tym samym rola Coxa przepadła.

Owszem, „Czas mroku” miewa mielizny narracyjne, jednakże charakterystyczny stempel Wrighta i jego współpracowników sprawia, że pozornie statyczne widowisko nabiera wigoru i wyrasta ponad przegadaną, topornie szkolną biografię. Oczywiście, w pewnym sensie sprytnie sprzedaje nam się tu propagandę mającą ocieplić wizerunek Królestwa po Brexicie i na nowo rozbudzić wyspiarską dumę narodową. Tu, jak i w innych dziełach z ostatniego sezonu, jak wspomniana „Dunkierka” czy serial „The Crown”, skądinąd z kolejnym wyśmienitym odtwórcą Churchilla, nagrodzonym Emmy Johnem Lithgowem. W obecnej sytuacji geopolitycznej Brytyjczycy tych wszystkich „pokrzepiaczy serc” wyraźnie potrzebują. My zresztą też.

„Czas mroku”; USA, Wielka Brytania 2017; reżyseria: Joe Wright; dystrybucja: UIP; czas: 125 min