Syn Królowej Śniegu” miał premierę na ubiegłorocznym festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty, co nie daje jeszcze gwarancji jakości, lecz jest przynajmniej obietnicą artystycznego i intelektualnego wyzwania. W tym przypadku – niespełnioną. Najłatwiej zbyć film Roberta Wichrowskiego wzruszeniem ramion, co najwyżej żałując przyzwoitej roli Michaliny Olszańskiej i wzruszającego Franciszka Pieczki. Lecz trudno pozbyć się wrażenia, że w rękach odważniejszego reżysera to mógł być film, który powie coś ważnego na temat w kinie niezbyt często poruszany. Jednak scenariusz grzęźnie w stereotypach i banałach.

Bohaterowie „Syna królowej śniegu” na dobrą sprawę mogliby pojawić się w którymś z tasiemcowych seriali. To figury rysowane grubą kreską, szablonowe, poza pierwszoplanowymi bohaterami niemal całkowicie pozbawione charakteru. Historia Anny, młodej matki samotnie wychowującego kilkuletniego syna, również przypomina fabułę podrzędnej telenoweli, przynajmniej do czasu, gdy zamieni się w sensację rodem z tabloidu. Anna bowiem swojego dziecka nie kocha. Wychowywanie go jest dla niej ciężarem, to dla niego musi pracować na dwie zmiany, a zamiast spędzać z nim wolny czas, woli imprezować. Odrzucony chłopiec spędza czas z dobrotliwym sąsiadem, ucieka w świat fantazji, tęskni za obecnością matki oraz ojca, którego nigdy nie poznał. W pewnym momencie pyta Kamila, beznadziejnie zakochanego w Annie, czy może nazywać go tatą, przynajmniej w szkole, żeby inne dzieci słyszały. Cały dramat niekochanego dziecka – lecz przecież również dramat matki, która kochać nie potrafi – rozmywa się w podobnych ckliwych banałach i tandetnych zagrywkach.

A przecież było tu miejsce na nakreślenie istotnego społecznego problemu, na psychologiczną głębię i wiarygodność, na próbę zmierzenia się z arcypoważnym zagadnieniem: jak żyć z tą niemiłością, skoro normy kulturowe nakazują matce oddanie serca i duszy dziecku. Ale scenarzyści wybrali emocjonalny szantaż, podpierając się prawdziwą, tragiczną historią. W ich fabule nie ma żadnych odcieni szarości ani moralnych dylematów: widz nie może współczuć matce, która odrzuca syna, więc widzi wyrachowaną manipulatorkę, puszczalską i skoncentrowaną wyłącznie na własnych potrzebach. To zasługa Michaliny Olszańskiej, że jej bohaterka przynajmniej chwilami nie wydaje się jednowymiarowa i że – choć już sam tytuł filmu wskazuje na jej brak uczuć – tłumi w sobie jakieś emocje. Jeden Kamil ma jakieś rozterki, ale przecież i tak ulega złu, skoro Anna jest Królową Śniegu, to on, bezwolny, uległy, zaślepiony, byłby tutaj Kajem (lecz zabrakło Gerdy, która zdjęłaby z niego urok).

Odwołanie do baśni Andersena budzi wiele interpretacyjnych pokus, ale to raczej czysto retoryczny chwyt. Warto jednak przypomnieć, że choć jej bohaterom udaje się wyrwać z rąk Królowej Śniegu, zło nie zostaje ani ukarane, ani nawet powstrzymane. Gwałtowny finał filmu również nie przynosi katharsis, lecz niewiele daje też miejsca na refleksje. Wichrowski ciężko puentuje swoją opowieść najpierw naiwną wizją zaświatów, potem ponurą policyjną statystyką, jakby nie ufał, że może pozostawić widzów z ich własnymi emocjami.

Syn Królowej Śniegu, reżyseria: Robert Wichrowski, Polska 2017, dystrybucja: Kondrat-Media