Autor „Gwiazdeczki”, do niedawna traktowany w Hollywood na prawach nieszkodliwego ekscentryka, awansował do reżyserskiej ekstraklasy i urasta do rangi oscarowego faworyta. Mimo daleko idących zmian, Amerykanin wciąż pozostaje wierny swemu spojrzeniu na rzeczywistość i pasji do portretowania outsiderów. Postacie Bakera dają się lubić, bo mają w sobie energię, luz i coś w rodzaju ulicznej, knajackiej elokwencji właściwej także bohaterom najlepszych filmów Spike’a Lee. Jednocześnie jednak wyrażana przez reżysera fascynacja odszczepieńcami i niebieskimi ptakami pozostaje daleka od naiwności. Baker zauważa, że kojarząca się z egzystowaniem na marginesie społeczeństwa wolność często bywa pozorna, a brak dostępu do dobrodziejstw konsumpcyjnego stylu życia prowokuje gniew i frustrację.

Negatywne emocje potęguje fakt, że na ostentacyjnie manifestującej bogactwo Florydzie kontrasty między warstwami społecznymi rzucają się w oczy jeszcze bardziej niż gdzie indziej. W filmie Bakera jest jednak coś, co łączy wszystkich bohaterów niezależnie od ilorazu inteligencji i zasobności portfela. To zjawisko porażającej infantylności każące jednym trwonić czas i pieniądze w parkach rozrywki, a innym pozwalające karmić się niemożliwymi do ziszczenia marzeniami. Właśnie do tej drugiej grupy należy główna bohaterka – młoda, rozkapryszona matka, która ma problemy ze stabilnością emocjonalną i nie potrafi wziąć odpowiedzialności za życie we własne ręce. Chwilami łatwo o wrażenie, że kobieta znajduje się na znacznie niższym poziomie dojrzałości niż jej siedmioletnia córka.

W sportretowanym w „The Florida Project” świecie ludzi pozbawionych ambicji i oddających się szkodliwym iluzjom łatwo dostrzec alegorię Ameryki czasów Donalda Trumpa. Baker jest jednak tyleż ironiczny, co utopijny i pokazuje, że tęsknota za opiekuńczym liderem nie zawsze musi prowadzić do wsparcia niebezpiecznego populisty. Dlatego właśnie na nieformalnego lidera społeczności florydzkich slumsów, dzięki któremu ten chwiejny świat utrzymuje minimalną równowagę, namaszcza poczciwego dozorcę. Bobby to przywódca idealny, wcielenie łagodnej wyrozumiałości i człowiek robiący co w jego mocy, by ochronić swych podopiecznych przed brutalnością zewnętrznego świata.

O imponującej przekorze Bakera świadczy fakt, że taką właśnie rolę postanowił powierzyć akurat Willemowi Dafoe. Aktor wyspecjalizowany w kreacjach patetycznych herosów bądź demonów w ludzkiej skórze, udowodnił, że jednakowo do twarzy mu z postacią ostentacyjnie przyziemną. Zadanie amerykańskiego gwiazdora jest tym istotniejsze, że właśnie dzięki niemu „The Florida Project” - mimo całej swej goryczy – okazuje się ostatecznie filmem krzepiącym. Jeśli bowiem cokolwiek jest w stanie okiełznać chaos otaczającego świata, moc tę posiada ledwie zauważalny, nieśmiało pogodny uśmiech Bobby’ego.