Przez wiele dekad legendzie "Gwiezdnych wojen" sprzyjała atmosfera oczekiwania. Po trzech pierwszych – według chronologii tworzenia - częściach pozostaliśmy z poczuciem braku spełnienia – wiedzieliśmy jak wielkie dzieło się kończy, nie mieliśmy dopełnienia historii. Delikatnego kaca twórcy mają – mam nadzieję – patrząc dziś na później nakręconą „Wojnę klonów”, a oceny wszystkich z trzech później powstałych części są znacząco niższe od tego, co dostaliśmy jako otwierającą trylogię.

Po przejęciu przez Disneya strachom i spekulacjom końca nie było. „Przebudzenie mocy” dość skutecznie zamknęło usta niewiernym Tomaszom. Może nie był to obraz klasy „Imperium kontratakuje”, ale w bardzo udany sposób ożywił zamknięte, jak się wydawało, wątki. W barwny sposób przeniósł nas w świat wielu ras i odległych gatunków.

Mistrzostwem – w niemal każdym calu – było pokazanie wątków pobocznych. Bo „Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie” było genialnym pomysłem scenariuszowym, a pojawienie się w ostatnich scenach Księżniczki Lei musiało wywołać u fanów i fanatyków sagi łzę wzruszenia. Dla wielu, w szczególności tych, którzy nawet gubili się w wątkach pierwszych sześciu filmów „Łotr 1.” stanowi część najlepszą. Ale zwłaszcza u tych ostatnich pojawiło się narzekanie: za często, za gęsto. Z święta czynimy codzienność, a w ten sposób zabijamy legendę, odbieramy smak dzieciństwa.

Wyjściem z sytuacji mógł być przełom, zaproponowanie rozwiązań, które sprawiłyby, że „Ostatni Jedi” stałby się w dniu premiery rzeczą kultową. Nie stał się i nie stanie. Bliżej mu niestety do części kręconych w latach 1999-2005 i to mimo obecności Marka Hamilla jako Luke’a Skywalkera oraz zmarłej w grudniu 2016 roku Carrie Fisher, która w tej części zagrała księżniczkę Leię lepiej, niż pewnie ktokolwiek przypuszczał. Tym, czego zabrakło była odwaga - pomysły na wyjście z rozpoczętych w „Przebudzeniu mocy” wątków nawet delikatnie rozczarowują.

Choć oczywiście sam film jest jednym z lepszych, jakie w XXI wieku nakręcono. Jednak od mistrzów, władających – zgodnie z tytułem – ginącą wiedzą Jedi chciałoby się więcej.

[NASTĘPNA CZĘŚĆ RECENZJI ZAWIERA SPOILERY. JEŚLI NIE CHCESZ ICH CZYTAĆ ZJEDŹ PONIŻEJ KOLEJNEGO ZDJĘCIA]

Wszystkim tu zabrakło odwagi. Nie ma jej w kluczowych momentach filmu typowany na następcę Lorda Vadera, Kylo Ren. Scenariusz nakazuje mu hamletyzować, kiedy trzeba bezwzględnie działać. O ile jednak pokusę pójścia w stronę dylematów szekspirowskich można wybaczyć, delikatną chęć i pokusę walenrodyzowania już nie. To ewidentny błąd – każda legenda wymaga posiadania bohatera, który jest wydestylowanym złem, które ewentualnie na łożu śmierci, przyzna, że może trochę przesadzała. Oczywiście już jego pierwowzór miał swe obiekcje, ale tu są one zbyt silne, przerysowane, obniżające ocenę jego intelektu – w oczach zarówno swego mocodawcy, jak i zapewne fanów. Ciężko będzie pokonać poczucie absmaku względem postaci Kylo Rena po tym co zobaczyliśmy w ostatnich scenach. A przecież saga ma dalej trwać!

Ogromną szansą na przeniesienie sagi w inny wymiar był to, co miało się stać z Rey. Grana przez Daisy Ridley bohaterka była kuszona przez siły ciemności. To, co stało się z nią w „Ostatnim Jedi” sprawia, że zabito – jak u Kylo Rena – szansę na stworzenie postaci ikonicznej, wręcz mitologicznej, która będzie symbolem na miarę Hana Solo, Lei czy Lorda Vadera. Twórcy scenariusza nie mogli mieć o tym pojęcia, ale w ostatnich miesiącach pojęcie „silna kobieta” znacząco zmieniło swój wydźwięk, a otwartość na nowe pomysły na pokazanie roli kobiet w popkulturowych produkcjach aż szokowała. Tu dostaliśmy kalkę rodem z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, a na takie pomysły nie decydują się – bo pachnie oczywistością, bo pachnie banałem – autorzy scenariuszy do słabszych telewizyjnych seriali.

Można też odnieść wrażenie, że twórcy „Łotra 1.” zaleźli za skórę tym od „Ostatniego Jedi”, bo pokusa poświęcenia życia przez jednego z głównych bohaterów była widoczna w kilku momentach dziewiątego filmu ze świata „Gwiezdnych wojen”. Tu również zabrakło odwagi, bo skoro szliśmy w stronę rozwiązań z dramatów Szekspira, to dlaczego nie zastosować patentu „Finał – cała obsada kona”. A niech się fani głowią, co dalej. Pomysły zastosowane chociażby w „Grze o Tron” pokazują, że można wyjść z takiego rozwiązania z klasą.

Odwagi zabrakło wreszcie wykładającym na film fundusze. Bo skoro było tak, ze podczas pierwszych części historia była otwarta, może trzeba było poczekać, zmontowane filmy odłożyć, by dać sobie szansę na oddech, by pozwolić sobie na dystans. Ten do scenariusza, ten do kreowania postaci – bo w innych aspektach dystans się pojawił.

Wybaczcie, że w części bez spoilerów zdradzę jeden żartobliwy akcent, ale będziecie boki zrywać przy scenie z żelazkiem. Takiej autoironii się po twórcach Gwiezdnych Wojen spodziewać nie mogliśmy. Podobnie jak w dialogu, która pada pomiędzy Laurą Dern (tu – by oddać sprawiedliwość - feministyczny akcent brzmi mocno, bo aktorka wciela się w legendarnego wiceadmirała Amilyna Holdo, który niczym Kopernik w „Seksmisji” okazuje się być ku zdumieniu wielu kobietą), a Carrie Fisher: „Niech moc będzie z.. Ech, mówiłam to już zbyt wiele razy”.

Wprowadzona do tej części Laura Dern jest równie mocnym akcentem co grający przemytnika, hakera, takiego zwykłego jednego łotra Benicio Del Toro. Patrzcie na każdy kadr z nim, bo to radość dla oka najwyższej próby.

Bo oczywiście - „Ostatni Jedi” to jest uczta dla oka. Efekty specjalne, 3D, montaż, udźwiękowienie, scenografia są najmocniejszymi elementami filmu. Trzeba jednak pamiętać, że na tej płaszczyźnie powtarzalność jest zaletą, a fani, którzy każdy szczegół ubioru znają na pamięć, nie podarowaliby jakiegokolwiek odejścia od konwencji.

Ciężko nie oprzeć się też wrażeniu, że twórcy „Ostatniego Jedi” mrugają okiem do fanów popkultury. Mamy tu bowiem spojrzenie takie samo jak u rudego kota w Shreku, mamy tu kadry przypominające do złudzenia te z „Władcy Pierścieni”, a próbie poznawania mocy towarzyszy skojarzenie z „Matrixem”. To raczej inteligentne mrugnięcia okiem niż kalki. Tak jak scena w kasynie, która aż prosi się o porównania do wielu historii, które przeszły do klasyki kina.

Ostatni Jedi” w ostatecznym rozrachunku, jako kino rozrywkowe broni się. Ba – jest jednym z najlepszych filmów w swej klasie w XXI wieku. Jednak poczucie zmarnowanej szansy, niewykorzystanego potencjału jest ogromne. Im bardziej traktujemy „Gwiezdne wojny” poważnie, tym większy niesmak w nas pozostaje, mimo obiektywnej oceny 7/10.

Wyścig o popularność w popkulturze pcha nas w granice obłędu. Wyścigi o pieniądze fanów pomiędzy Netflixem, HBO GO, DC World, Marvelem, coraz silniejszym Lego no i oczywiście władającym „Gwiezdnymi Wojnami” Disneyem powoduje, że liczba ważnych wydarzeń w roku niebezpiecznie wzrasta. Tak jak w boksie pojęcie walki stulecia uległo dewaluacji, tak i w przypadku „Gwiezdnych wojen” człowiek na wisienkę, tudzież truskawkę na torcie czeka już jakby mniej. Kto jak kto, ale szefowie fabryki baśni i bajek, ci którzy spełniają marzenia powinni wiedzieć, że najbardziej smakuje wyczekiwany wspaniały prezent. A słabo jest, jeśli nie jest ani wyczekiwany, ani wspaniały, ani tym bardziej nie może być prezentem.

"Ostatni Jedi"; USA 2017; reżyseria: Rian Johnson; czas: 150 minut