W poprzednim filmie duetu, zeszłorocznym (podług polskiej premiery) „Lobsterze”, Farrell pokazał się z nieznanej dotąd strony. Wąsaty, roztyty i neurotyczny, bezbłędnie wpasował się w specyficzną wizję kafkowskiej dystopii, gdzie samotność uchodziła za zbrodnię.

W „Zabiciu świętego jelenia”, filmie jeszcze bardziej perwersyjnym od „Lobstera”, bohater Farrella, Steven Murphy, nie jest już samotny, jest wziętym kardiochirurgiem z Cincinnati, z piękną żoną okulistką Anną (Nicole Kidman), ułożonymi dziećmi i idyllicznym życiem. Ale już my dobrze wiemy, jak fasadowe okazują się te wszystkie amerykańskie sielanki, a że rodzina Murphych mieszka w białym domu z czerwonymi drzwiami, a Lanthimos w dodatku nie ma żadnych hamulców – spróbujcie sobie wyobrazić „American Beauty” w wersji Davida Lyncha.

Film otwiera zbliżenie na pulsujące serce operowane przez Farrellowego chirurga. Dłonie w zakrwawionych rękawiczkach zanurzają się w rozwartej klatce piersiowej, szarpią za żyły i tętnice, zakładają szwy. Scenie towarzyszy intensywny fragment symfonii Schuberta, wzmagający dyskomfort widza. Będziemy tak drażnieni jeszcze przez bite dwie godziny – ale przecież po to przyszliśmy.

Scena chirurgiczna – o czym dowiadujemy się później – ma też wymiar metaforyczny i służy jednej z licznych przesłanek filmu, ukazującej kruchość i niepewność ludzkiego życia w rękach drugiego człowieka, niezależnie czy te ręce chcą nam wyrządzić krzywdę, uleczyć, czy ochronić – jak rodzic dziecko.

Poczucie niepokoju jeszcze się zwiększa, kiedy świadkujemy sekretnym spotkaniom Stevena z nastoletnim Martinem (Barry Keoghan), podczas których chirurg obdarowuje chłopaka drogimi prezentami. Jaka relacja ich łączy? Czy to jego nieślubny syn? Kochanek? Zaprzyjaźniony pacjent?

Nagrodzony w Cannes scenariusz zmyślnie gubi tropy. Z początku może się wydawać, że oglądamy medyczny body horror na wzór „Nierozłącznych” Cronenberga, ale zaraz potem film płynnie przechodzi w dreszczowiec o niebezpiecznym stalkerze nękającym przykładną rodzinę niczym Max Cady z „Przylądka strachu”, na które to skojarzenie pracuje jeszcze wątek rozbudzonej seksualności córki Murphych. Później z kolei „Jeleń” odsyła do thrillera home invasion à la „Funny Games” Hanekego, tyle że nadbudowanego warstwą mistyczną w stylu „Teoremy” Pasoliniego. Po jakimś czasie okazuje się także, że tytuł nawiązujący do mitu greckiego o Ifigenii i Agamemnonie wychodzi znacznie poza symbolikę.

Film jest jednak czymś więcej niż sumą zamierzonych bądź przypadkowych odwołań. Lanthimosa znów interesuje przede wszystkim demontaż konstruktów społecznych, w tym podstawowej komórki, jaką jest rodzina. Wizja rodzicielstwa nie jest tym razem tak okrutna i bezkompromisowa jak w słynnym „Kle”, rodziców z „Jelenia” motywują nie zapędy totalitarne, lecz bezradność – co jednak wcale nie umniejsza skali dramatu. Grek pokazuje rodzicielstwo jako misję niemożliwą, prowadzącą do nieuchronnej porażki. Pod powierzchnią pozorów nikt nie jest w pełni szczęśliwy – dzieci rywalizują o względy rodziców, rodzice tkwią w kokonie wystudiowanych gestów i tylko w sypialni mogą być tak naprawdę sobą. „Znieczulenie ogólne?”, pyta męża Anna, nim zdejmie bieliznę i rozłoży się na łóżku w martwej pozie. Ale tam, gdzie jedno z partnerów realizuje skryte pragnienia i fetysze, drugie często jedynie spełnia cudze zachcianki.

Wszystkie maski spadają dopiero w obliczu zagrożenia. Rodzina najpierw się konsoliduje, skupia wokół patriarchalnej figury ojca-demiurga, znosi razem kolejne nieszczęścia. Ale nawet miłość i lojalność mają swoje granice – mówi Lanthimos – i wkrótce każdy zaczyna myśleć głównie o sobie, łącznie z opiekuńczą i perfekcyjną dotąd matką. I choć „Jelenia” można czytać na wiele sposobów – na podstawowym poziomie metaforycznym mamy tu dość oczywisty motyw walki Boga (pod postacią chirurga obdarzonego „boską” władzą nad życiem innych) z Szatanem – najciekawszy zdaje się właśnie klucz socjokulturowy.

„Jeleń” świetnie oddaje manieryzmy i wyalienowanie klasy średniej wyższej oraz jej tendencję do spychania z siebie odpowiedzialności. Nie bez morderczego humoru pokazuje narcystyczny świat, w którym „zmartwienia” pokroju wyboru paska do zegarka (bohaterowie prowadzą długie konwersacje – skórzany czy metalowy?) albo długości włosów syna przykrywają te prawdziwe problemy, częstokroć lekceważone. Rzecz jasna, jak w każdej dobrej przypowieści, pycha zostanie surowo ukarana.

Doskonale jest to wszystko zagrane. Przeżywająca drugą aktorską młodość Kidman równie umiejętnie co Farrell wyczuwa osobliwy styl Lanthimosa, polegający w dużej mierze na obnoszeniu kamiennych twarzy i sformalizowanych, zlobomitozowanych dialogach. Bardzo dobrze wypadają także aktorzy dziecięcy, szczególnie Raffey Cassidy bez pudła portretuje niewinność i niestabilność dojrzewającej córki; dla samej tylko jej obłędnej interpretacji przeboju „Burn” Ellie Goulding warto ten film zobaczyć.

Na największe odkrycie filmu wyrasta jednak Barry Keoghan, młody irlandzki aktor znany u nas dotąd głównie z roli nieszczęśnika George’a w „Dunkierce” Nolana. Jego enigmatyczny, złowieszczy Martin to jedna z tych piorunujących kreacji, które otwierają furtkę do wielkiej kariery.

„Zabicie świętego jelenia”; Wielka Brytania, Irlandia, USA 2017; reżyseria: Giorgos Lanthimos; dystrybucja: Monolith; czas: 121 min