Film zaczyna się sceną rodem z anegdoty z Polskiego Busa, jakimi chętnie szermują użytkownicy mediów społecznościowych. Powracający do rodzinnego domu z emigracji zarobkowej Adam (Dawid Ogrodnik) filmuje wnętrze autokaru, w tym przypadkowych pasażerów. W pewnym momencie do bohatera podchodzi rozeźlony uwiecznieniem na taśmie dresiarz i żąda oddania kamery. Wystraszony Adam oponuje, że wiezie ją dla córki. Wtedy dresiarz odpuszcza. Potem na dworcu widzimy, jak wita się z partnerką i dzieckiem. I dresiarze mają uczucia – brzmi niewypowiedziany komentarz odautorski. I co? I wypada zalajkować, bowiem scena działa dwojako: z miejsca ustawia wrażliwość reżysera oraz zgrabnie inicjuje opowieść wigilijną, o której wiemy już z plakatu i tytułu.

Później, niestety, już tak zgrabnie nie jest. Adam wypożycza samochód z górnej półki i przyjmując „typową” pozę nuworysza, dociera na swoją „typową” wieś w warmińsko-mazurskim. Relacje rodzinne też okazują się „typowe” – od progu czuć Smarzowskim, co dalej tylko eskaluje. Jest Arkadiusz Jakubik przed i Piotr Sobociński Jr. za kamerą, jest familijne pranie brudów i napięcie stopniowane muzyką w podobny sposób, co u „Smarzola”. Będzie przemoc, alkohol, siekiera i pożar. Będzie „wesele” przy opłatku i choince oraz dom nie-tak-zły, ale i nie najlepszy. Smarzowszczyzna light.

Domalewskiego łączy ze starszym kolegą po fachu coś jeszcze: obaj zdają się nie rozumieć, że realizm filmowy nie polega na tym, że jest „jak w życiu”. Kino ma swój własny realizm. Stąd też choć autentyczność gestów i zachowań udaje się w „Cichej nocy” oddać niemal bezbłędnie, głównie dzięki znakomitemu aktorstwu, to już wulgaryzmy brzmią tak sztucznie, jak zwykle w polskim kinie. Świat „Cichej nocy” to świat, w którym nawet przechodzący przypadkiem sąsiad w odpowiedzi na zwykłe „dzień dobry” musi rzucić „ch... tam dobry”, bo tak rzekomo nakazuje mu determinizm społeczny, przyjmowany w polskim kinie za aksjomat – podobnie jak alkoholizm czy fatum dziedziczone z pokolenia na pokolenie.

Tym samym Domalewski wpisuje swój debiut w archetypiczny obraz współczesnej Polski B. Postaci są do bólu jednowymiarowe. Dziadek (Paweł Nowisz) chla na umór, babcia (Elżbieta Kępińska) ma demencję, matka (Agnieszka Suchora) jest znerwicowana, ojciec (Arkadiusz Jakubik) – wycofany, wujek (Adam Cywka) sypie ciężkimi dowcipami, przegrana życiowo siostra (Maria Dębska) to zarazem ofiara przemocy domowej, szwagier (Tomasz Schuchardt) jest zawsze chętny do bitki i popitki, zaś nastoletnie kuzynki (Katarzyna Domalewska i Magdalena Żak) nic tylko pyskują i siedzą na smartfonach. Prostszych skojarzeń już po prostu nie ma.

Z galerii stereotypów, poza anegdotycznym dresiarzem, wyłamuje się jedynie najmłodsza siostra Adama, Kasia (Amelia Tyszkiewicz), po dziecięcemu niewinna, ale i rezolutna bardziej niż otaczający ją dorośli. Bynajmniej nie stara-malutka, tak ukochana przez polskie kino, a po prostu autentyczne dziecko, łączące w sobie tylko pozorny paradoks rozwagi i spontaniczności. Dziewczynka stanowi przy tym interesujący kontrapunkt dla reszty rodzeństwa, bowiem jako pierwsza dorasta w pełnej rodzinie – ojciec, długoletni gastarbeiter, jest obecny w jej życiu, a nawet aktywnie się w nie angażuje, wożąc córkę na lekcje gry na skrzypcach. Instrument posłuży zresztą reżyserowi do celnego tudzież nieoczywistego – jak mało co tutaj – obnażenia fasadowej religijności Polaków.

Wątek Kasi zmyślnie koresponduje także z tematem emigracji zarobkowej. Domalewski wyraźnie chce powiedzieć, że przymusowa rozłąka prowadzi do dysfunkcji tradycyjnego modelu rodziny i kłopotów tożsamościowych. Jakkolwiek jednak „Cicha noc” portretuje drugie pokolenie dorobkiewiczów z większym wyczuciem niż „Polak potrzebny od zaraz” Kena Loacha czy serial „Londyńczycy”, nie mówi zarazem nic odkrywczego. A czasem mówi nawet kilka słów za dużo, jak w przypadku patetycznego monologu bohatera Jakubika, który będąc pod wpływem, wyznaje synowi, że kiedy przed laty opuszczał Polskę, miał wrażenie, że na Zachodzie wreszcie poczuje się człowiekiem, nie Polakiem, gdy tymczasem rzeczywistość okazała się zupełnie inna – właśnie tam był „Polakiem”, a dopiero w Polsce mógł poczuć się człowiekiem. Reżyser ustami swej postaci sprzedaje tę starą prawdę jako prawdę objawioną i w tym kontekście można się zastanawiać, dlaczego grubo ciosana „Cicha noc” zyskała aż taki poklask i status filmu paląco aktualnego, zaś znacznie subtelniejsze i bez mała prekursorsko nawiązujące do problemu szerzącej się w kraju ksenofobii „Ptaki śpiewają w Kigali” Joanny Kos-Krauze i „Pewnego razu w listopadzie” Jakimowskiego nie spotkały się już z takim entuzjazmem.

Największym atutem „Cichej nocy” pozostaje skądinąd świetne ukazanie przez aktorów napiętych relacji między domownikami. Szczególnie konflikt Adama z młodszym bratem Pawłem (Tomasz Ziętek) zostaje wygrany w sposób mogący zawstydzić Ulricha Thomsena i Nikolaja Lie Kaasa z „Braci” Susanne Bier. Gorzej, że całej intrygi będącej zarzewiem waśni można się bez trudu domyślić po góra półgodzinie seansu, gdy tymczasem reżyser z uporem maniaka robi z tego Wielką Tajemnicę aż do samego finału.

Wiarygodności całej historii nie przysparza także istny deszcz plag spadający na Pawła. Bohater w ciągu niespełna dnia zostaje zaatakowany przez dresiarza, pogryziony przez psa i zdradzony przez najbliższych – a to i tak jeszcze nie cała litania. Reżyser znów tutaj wpada w pułapkę „typowo” polskiego fatalizmu, którym nasi rodzimi twórcy „zaangażowani” tak ochoczo tłumaczą zazwyczaj problemy bohaterów.

Summa summarum, „Cicha noc” to obiecujący debiut, ale żeby od razu „film roku”? Smarzowskich ci u nas dostatek, taki „nowy Koterski”, który nie tylko rozumiałby „polskość” i przekładał ją 1:1 na ekran, ale i potrafił z niej wydobyć właściwości katartyczne, przez śmiech czy łzy – o, to byłoby wydarzenie.

„Cicha noc”; Polska 2017; reżyseria: Piotr Domalewski; dystrybucja: Forum Film; czas: 97 min