Owszem, filmy Marvela nie od dziś bywają zabawne (choć częściej „zabawne” niż zabawne), a tendencja jest wzrostowa – podziękujmy decydentom, którzy dali Ant-Manowi twarz Paula Rudda, przekazali „Strażników Galaktyki” w ręce wychowanka Tromy Jamesa Gunna i pozwolili Jonowi Wattsowi odmłodzić „Spider-Mana” w duchu szkolnych komedii Johna Hughesa. Jednak to „Ragnarok” jest pierwszą Marvelowską komedią pełną gębą.

Zgodnie z relatywnie nową polityką Disneya, by do superprodukcji zaprzęgać względnie młodych twórców obdarzonych specyficzną wrażliwością (choć nieporozumienia wciąż się zdarzają – vide odsunięcie autorów „21 Jump Street” od filmu o Hanie Solo na rzecz starego wygi Rona Howarda), stery nad trzecią odsłoną „Thora” objął nowozelandzki reżyser Taika Waititi, wsławiony niezależnymi komediami absurdu, jak „Orzeł kontra rekin”, „Dzikie łowy” czy wampiryczny mockument „Co robimy w ukryciu”.

Efekt jest w dużej mierze satysfakcjonujący: jeden z największych blockbusterów roku nie ucieka od superbohaterskich schematów, które musi odbębnić w ramach franczyzy, ale równocześnie zostaje ometkowany autorskim stylem Waititiego. Sprzężenie tradycyjnego slapsticku z ekscentrycznym, neurotycznym humorem Nowozelandczyka, który pozwalał aktorom improwizować na planie, a sam podłożył głos pod kradnącego sceny kamiennego stwora Korga, wypada odświeżająco – tak dla filmów o Thorze, jak i dla całego uniwersum.

W scenariuszu zawarto kilka odniesień do współczesnej geopolityki, jak powstanie obywatelskie czy eksodus uchodźców, ale zasadniczo „Ragnarok” to zupełnie przeciwny biegun „Kapitana Ameryki: Wojny bohaterów”, pretekstowa fabuła sprowadza się do kilku efektownych rozwałek na różnych planetach i skoków czasowych między halucynogenno-neonowymi portalami. Chodzi o szaloną (no, „szaloną”) zabawę, festiwal żartów i autocytatów. W tym ostatnim nowy „Thor” trochę przypomina „Deadpoola”, tyle że tam, gdzie film Tima Millera był wulgarny i nihilistyczny, „Ragnarok” jest radosny i kampowy – w jeszcze większym stopniu niż „Strażnicy Galaktyki” Gunna.

Jeśli ktoś kiedykolwiek grał na flipperach, zapewne doskonale pamięta, że najwięcej frajdy sprawiały maszyny z jak największą ilością świecidełek, guzików i przeszkadzajek, i jak najbardziej odjechaną planszą. I teraz proszę sobie wyobrazić, że postaci z „Ragnaroka” są jak flipperowe kulki, którymi reżyser-gracz ciska na wszystkie strony po pochyłej, pełnej przeszkód planszy. Ta zaś zmienia się jak w kalejdoskopie – raz to imituje światy z „Flasha Gordona”, „Masters of Universe” czy „Willy’ego Wonki i fabryki czekolady”, innym razem przypomina kolaż oldschoolowych okładek płyt heavymetalowych, kiedy indziej odsyła do estetyki z kultowych komiksów Jacka Kirby’ego – kostiumy bohaterów są tu zresztą tak ostentacyjnie komiksowe, jak chyba w żadnym innym filmie Marvela.

Zdjęciowiec Javier Aguirresarobe oraz scenografowie Dan Hennah i Ra Vincent do spółki ze specami od grafiki komputerowej wykreowali fantastycznie ekstrawagancką ornamentykę, szczególnie sugestywny retrofuturyzm planety Saakar sprawia, że nie chce się tego miejsca opuszczać – mimo że dla więzionego tam Thora tak byłoby najlepiej.

Odrealnienie scenerii przy wydatnym użyciu green screenu ma jednakże swoją cenę – w filmie nie tylko surrealny Saakar i mityczny Asgard, ale i górzysta Norwegia wygląda sztucznie – co bynajmniej nie psuje zabawy, choć zarazem pracuje na ponadprzeciętnie umowny charakter całości. Taki to bowiem paradoks, że największa zaleta „Ragnaroka” jest jednocześnie jego największą wadą – kiedy chodzi tylko o wielką zgrywę w atmosferze wolnej amerykanki w rytm (skądinąd świetnej) synthrockowej muzyki Marka Mothersbaugha z Devo, nic nie jest serio, a bohaterowie pozytywni są niezniszczalni – dramaturgia może być co najwyżej letnia. Ale i do tego, niestety, Marvel już nas przyzwyczaił.

Co natomiast nie jest syntetyczne, to dynamika postaci. Cudownie zostaje poprowadzona relacja Thora (Chris Hemsworth) z Lokim (Tom Hiddleston) oraz dwóch braci z ojcem Odynem (Anthony Hopkins). Wspaniałym indywiduum jest Grandmaster grany przez całkowicie spuszczonego ze smyczy Jeffa Goldbluma, osobliwy disco-dyktator, postać jawiąca się niczym wypadkowa wyobraźni Tima Burtona i Wesa Andersona, a przy tym kopalnia w większości kapitalnych żartów („Nie lubię tego słowa na N” - mówi w pewnym momencie o swoich niewolnikach. „Wolę ich nazywać pracownikami bezetatowymi”).

Hemsworth, który ma wreszcie okazję wyciągnąć ze swojego maczystowskiego „blond młota” sporo vis comica, w ogóle bezbłędnie wchodzi w interakcje – czy to z cyfrowym Hulkiem, czy poczciwym Markiem Ruffalo (Bruce Banner) albo dla odmiany temperamentną Tessą Thompson w roli upadłej Walkirii – jednej z najciekawszych jak dotąd postaci kobiecych w MCU.

Znamienne, że mniej ciekawie wypada ta, po której spodziewano się najwięcej – czyli Cate Blanchett jako zła siostra Thora – choć wyglądająca raczej jak siostra Alice’a Coopera lub nordycka Maleficja. Aktorka jest oczywiście klasą samą w sobie i prezentuje się obłędnie nawet w emo-makijażu, tyle tylko, że gra jakby w innym filmie, na innej, nawet jeśli świadomie przerysowanej, to jednak mniej sowizdrzalskiej tonacji niż reszta obsady. Zdecydowanie bardziej pasowałaby do szekspirowskich dylematów z pierwszego „Thora” w reżyserii Kennetha Branagha. Widać nie można mieć wszystkiego – nawet w jednym z najlepszych filmów Marvela.

„Thor: Ragnarok”; USA 2017; reżyseria: Taika Waititi; dystrybucja: Disney; czas: 110 min