Związki Van Gogha z kinem nie od dziś prezentują się ciekawie w swej różnorodności. Filmy o malarzu kręcili Altman i Kurosawa. Wcielali się w niego Kirk Douglas, Martin Scorsese, Tim Roth, Andy Serkis i Benedict Cumberbatch. Pojawiał się jako epizodyczna postać w „Doctorze Who” i jako mapet w „Ulicy Sezamkowej”. Jednak nikt dotąd nie oddał Holendrowi hołdu z takim rozmachem, jak polsko-brytyjskie małżeństwo animatorów, Dorota Kobiela i Hugh Welchman – producent zrealizowanego przez łódzki Se-ma-for i nagrodzonego Oscarem „Piotrusia i wilka”.

„Twój Vincent” to animacja zrobiona z obrazów olejnych; każda klatka została ręcznie namalowana przy użyciu technologii rotoskopowej, która polega na pobraniu obrazu ze zdjęcia i odwzorowaniu go w dowolnej technice animacyjnej, przeważnie po to, by jak najwierniej oddać w animacji ruch ludzkiego ciała. Wynaleziona przez polsko-amerykańskiego animatora Maxa Fleischera rotoskopia jest chętnie stosowanym narzędziem w procesie powstawania efektów specjalnych do filmów aktorskich, np. słynne miecze świetlne z oryginalnych „Gwiezdnych wojen” powstały właśnie tą metodą. Dużo rzadziej kręci się całe pełnometrażowe filmy rotoskopowe – i tu za przykład mogą posłużyć filozoficzne animacje Richarda Linklatera, jak „Życie świadome” czy dużo głośniejsze „Przez ciemne zwierciadło”, adaptacja prozy Philipa K. Dicka.

Kreatywnie wykorzystywana rotoskopia budzi słuszne zachwyty, ale i kontrowersje – niektórzy puryści postrzegają technologię jako oszustwo i odmawiają jej prawa do miana sztuki. Czymże jest jednak kino w swej istocie, jeśli właśnie nie najwspanialszym oszustwem, powszechnie hołubioną iluzją rzeczywistości?

Dzieło Kobieli i Welchmana powstawało podobnie jak filmy Linklatera, a więc najpierw sfilmowano aktorów na green screenie, a potem wedle tego malowano postaci i domalowywano tła. Tyle że w odróżnieniu od płaskiej i pospolitej animacji „Życia świadomego” czy „Zwierciadła”, wartością dodaną „Vincenta” – i to wartością nadrzędną – pozostaje wspomniana malarskość: do filmu „wcielono” ponad setkę obrazów mistrza – w formie wiernej oryginałom lub częściowo przekształconej.

Na płaszczyźnie formalnej efekt urzeka od progu – widz zostaje zabrany na osobliwy wirtualny spacer po obrazach van Gogha, gdzie za przewodników robią znakomici aktorzy, wmalowani w tło i w pewnym stopniu podobni do pierwowzorów historycznych, ale i zarazem o bez trudu rozpoznawalnych fizjonomiach Saoirse Ronan, Jerome’a Flynne’a czy Helen McCrory. Z tą ostatnią kwestią wiąże się jednakże zgrzyt na poziomie dubbingu – kiedy patrzymy nie na całkowicie fikcyjny twór, jakim był np. Osioł ze „Shreka”, lecz na Chrisa O’Dowda, choćby namalowanego, a słyszymy Jerzego Stuhra, wprowadza to mało przyjemny dysonans rodem z pierwszego lepszego Marvela, gdzie Samuel L. Jackson mówiący głosem Krzysztofa Stelmaszyka wypada po prostu nienaturalnie, szczególnie na początku, nim odbiorca zdąży się oswoić. W obu przypadkach idzie się przyzwyczaić, ale zabiera to sporo czasu ekranowego.

A skoro już o czasie mowa – „Vincent”, jako się rzekło, olśniewa wizualnie, tyle że samo kontemplowanie ożywionych obrazów mogłoby w pewnym momencie przerodzić się w interesującą, owszem, ale wciąż tylko muzealną wycieczkę, cokolwiek snobistyczne obcowanie z wideo artem zainstalowanym dla niepoznaki w sali kinowej. I tu następuje największa niespodzianka: mimo że przerost formy nad treścią jest poniekąd wpisany w koncepcję filmu, „Vincent” wcale nie zawodzi fabularnie. Wbrew obawom nie mamy tu przypadku znanego z „Między piekłem a niebem” z Robinem Williamsem, gdzie przedramatyzowany scenariusz w duchu New Age nijak nie dorastał do przepięknych wizualizacji inspirowanych pracami Caspara Davida Friedricha czy Hieronima Boscha. „Vincent” to bardziej casus „Angielki i księcia” Erika Rohmera, gdzie za tło scenograficzne świetnie napisanej kostiumowej opowieści z czasów rewolucji francuskiej robiły obrazy Jeana-Baptiste’a Marota, imitujące Paryż znany z XVIII-wiecznej ikonografii.

Kobiela i Welchman idą jednak jeszcze dalej niż Rohmer. Ich „Vincent” nawet nie tyle zahacza o kino gatunkowe – on JEST rasowym kryminałem. Zaskakująco wartka akcja rozpoczyna się rok po zagadkowej śmierci malarza (Robert Gulaczyk) i koncentruje wokół fikcyjnego śledztwa prowadzonego przez Armanda Roulina (Douglas Booth), syna zaprzyjaźnionego z Van Goghiem listonosza. Intryga – której finał wcale nie jest tak zakorzeniony w masowej świadomości, jak „obcięte ucho” i „Słoneczniki” – nie generuje co prawda Fincherowskiego napięcia, ale wydatnie podtrzymuje zainteresowanie widza.

W samej narracji, jak i w specyficznej atmosferze staroświeckiego filmu noir, na którą pracują m.in. czarno-białe retrospekcje oraz melancholijna, a gdy trzeba – niepokojąca muzyka Clinta Mansella, pobrzmiewają echa „Trzeciego człowieka” – i to niejedyne tutaj skojarzenie z Orsonem Wellesem. Błyskotliwy scenariusz, pod którym obok pary reżyserskiej podpisał się także Jacek Dehnel, wplata bowiem epizody biograficzne w strukturę znaną z „Obywatela Kane’a”: młody Roulin, poprzez serię rozmów z ludźmi z otoczenia denata, stopniowo odkrywa coraz więcej szczegółów dotyczących jego śmierci, a co za tym idzie – także coraz więcej faktów z jego skomplikowanego życia.

Na rezultat końcowy składają się zatem wybitna animacja, udany film biograficzny i co najmniej satysfakcjonujący kryminał. I choć po drodze emocje rzadko kiedy osiągają nadprogramowy pułap, języczkiem u wagi w tym aspekcie okazuje się rozbrzmiewający w finale cover napisanego w hołdzie dla Van Gogha „Vincenta” Dona McLeana w fenomenalnym wykonaniu brytyjskiej wokalistki Lianne La Havas. Chwyta za gardło i nie chce puścić.

„Twój Vincent”; Polska/Wielka Brytania 2017; reżyseria: Dorota Kobiela, Hugh Welchman; dystrybucja: Next Film; czas: 94 min