W 1994 roku światowe media żyły mundialem w Stanach, samobójstwem Kurta Cobaina, premierą „Króla Lwa”. Ludobójstwem trochę też – tym w Bośni, bo choć to okrutne, zbrodnie i pogromy zwykliśmy jak wszystko inne dzielić na te „lepsze” i „gorsze”, bardziej „obce” i bardziej „nasze”.

Przez ostatnie dwie dekady Rwanda, to „Jedwabne w skali hekatomby”, jak mawia Joanna Kos-Krauze w wywiadach, została symbolicznie zrehabilitowana. Przez Hollywood („Hotel Rwanda” Terry’ego George’a), ale też w nieco bardziej zniuansowanych obrazach („Czasem w kwietniu” Raoula Pecka, „Strzelając do psów” Michaela Catona-Jonesa) bądź reportażach, np. wybitnej trylogii Jeana Hatzfelda wydanej u nas przez niezrównane Czarne.

Jednak „Ptaki...” mówią nie tyle o ludobójstwie, ile o jego konsekwencjach. W wymiarze ponadczasowym, choć traf chciał, że film idealnie wpisuje się również w obecny kontekst geopolityczny, mimo że pierwsza wersja scenariusza powstała ponad dekadę temu, gdy nie było jeszcze mowy o kryzysie migracyjnym.

Pierwotnie film miał stanowić luźną adaptację opowiadania „Kto z państwa popełnił ludobójstwo?” z tomu „Antylopa szuka myśliwego” Wojciecha Albińskiego. Bohaterem utworu jest biały lekarz ratujący młodą rwandyjską dziewczynę przed plemienną rzezią. Do głównej roli przymierzani byli Nick Nolte i Andrzej Chyra, ale Krauzowie ostatecznie zrezygnowali z idei romansu międzyrasowego. Lekarz stał się ornitolożką – i słusznie, bo zamiast paternalistycznej narracji postkolonialnej otrzymujemy jedne z najbardziej złożonych, wielowymiarowych portretów kobiecych, jakie kiedykolwiek widziało polskie kino.

Historia zaczyna się w momencie, gdy ludobójstwo już trwa, nad Kigali zestrzelono samolot prezydencki, maczety poszły w ruch. Świadkinią masakry Tutsi dokonywanej przez Hutu jest Anna Keller (Jowita Budnik), polska ornitolożka prowadząca w Rwandzie, na zaproszenie lokalnego naukowca, badania nad spadkiem populacji sępów. W następstwie zdarzeń bohaterka ratuje przed śmiercią córkę znajomego badacza, dwudziestoparoletnią Claudine (Eliane Umuhire), po czym w skrzyni z martwymi ptakami przemyca ocaloną do Polski.

Ratunek nie oznacza jednak zbawienia i nowy kraj jawi się Claudine niczym wzięty w ironiczny cudzysłów „Plac Zbawiciela” z jednego z poprzednich filmów Krauzów, tyle że tym razem w skali makro. Ta część „Ptaków...” to zarazem komentarz do dzisiejszej sytuacji nad Wisłą i refleksja nad korzeniami naszej narodowej ksenofobii. W nieufnej wobec wszystkiego, co Inne, posttransformacyjnej Polsce uchodźczyni spotyka na swej drodze donoszących sąsiadów i uprzedzonych funkcjonariuszy aparatu państwowego. „Nawet fajna taka, nie?”, rzuca policjant do kolegi po wylegitymowaniu Claudine. „No, jedna to nawet fajna”, pada odpowiedź. „Gorzej, gdy będzie ich więcej”.

„Nie zabija się miliona ludzi bez powodu”, mówi z kolei polski urzędnik do Anny. „Ja znam powód”, odpowiada bohaterka. „Białe chujki, takie jak pan, tyle że wykształcone na Sorbonie”.

Te dwie sceny to najbardziej publicystyczne i jednocześnie najmniej subtelne fragmenty filmu. Co nie znaczy, że bezzasadne. Podobnie oskarżycielski, choć już bardziej zniuansowany ton powraca jeszcze w scenie więziennej, już w Afryce, gdy Claudine rozmawia z mordercą swojej rodziny i miast spodziewanej skruchy słyszy: „Jesteście tam, gdzie my byliśmy wczoraj”. To wyraźny sygnał ostrzegawczy tak w kierunku bohaterki, jak i widza: nigdy nie wiadomo, co przyniesie jutro.

Czytałem, że po każdym ludobójstwie historycy wyjaśniają, iż będzie ostatnie. Ponieważ już nikt nie będzie mógł się zgodzić na coś podobnego. To kpina. Ludzie odpowiedzialni za ludobójstwo w Rwandzie to nie jacyś biedni i ciemni rolnicy ani okrutni alkoholicy z interahamwe; to ludzie wykształceni. To profesorowie, politycy, dziennikarze, którzy wyjechali do Europy, by studiować historię Rewolucji Francuskiej i nauki humanistyczne. To ci, którzy podróżowali, którzy zapraszano na konferencje i którzy przyjmowali białych na kolacji w swych willach. Intelektualiści, którzy mieli biblioteki sięgające sufitu”, pisał Jean Hatzfeld w książce „Nagość życia. Opowieści z bagien Rwandy”.

W wątku Claudine, która dusi się w Polsce tak bardzo, że w końcu podejmuje decyzję o powrocie do Rwandy, Krauzowie zmyślnie obalają także mit o mieszkańcach Trzeciego Świata, którzy rzekomo nie marzą o niczym innym, jak tylko przybyć do Europy i być w niej obywatelami trzeciej kategorii, na zawsze napiętnowanymi stygmatem „obcego”. Dopiero „u siebie”, jakkolwiek okropna rzeczywistość wokół by nie była, Claudine może spróbować przetrawić stratę i odrodzić się niczym Feniks z popiołów.

Sednem filmu pozostaje jednak skomplikowana więź łącząca straumatyzowane bohaterki, których ból jest zbyt dojmujący, by mogły normalnie funkcjonować. Doskonały scenariusz przefiltrowuje wszystkie ekranowe wydarzenia przez relacje Anny i Claudine. To bardzo złożona zależność; obie bohaterki równocześnie przyciągają się i odpychają, bowiem jedna dla drugiej stanowi tak opokę, jak ewokację strasznych przeżyć.

Kamera świadomie trzyma dystans, tak jakby nikt poza Anną i Claudine, z reżyserami włącznie, nie był w stanie zrozumieć ich cierpienia. To odważny zabieg, przydający niebywałego realizmu relacji bohaterek, a zarazem rzucający wyzwanie widzowi przyzwyczajonemu do łatwego sympatyzowania z protagonistami: Anna i Claudine bywają mało przyjemne dla siebie nawzajem i otoczenia, bywają trudne czy wręcz irytujące. I mają do tego święte prawo.

Wszelkie niuanse swojej postaci jak zwykle znakomicie – i jak zwykle u Krauzów – oddaje Jowita Budnik. Jej Anna, tyleż silna i niezależna, co wewnętrznie rozmontowana, o niepoukładanym życiu osobistym jeszcze przed tragedią, w niemal każdej scenie przygotowuje widza na nagłą eksplozję. Ale prawdziwą sensacją jest tu rwandyjska aktorka Eliane Umuhire, fenomenalnie skupiająca w Claudine bezradność i dumę, szepty i krzyki.

Jakkolwiek pod względem mocy podjętego tematu społecznego „Ptaki...” odsyłają na „Plac Zbawiciela”, tak prowadzeniem narracji najbardziej przypominają poprzedni film Krauzów, „Papuszę”. Bohaterki znajdują się przeważnie w centrum kadru, filmowane zza framugi, zamazanej szyby czy innego przezrocza; pozostałe postaci są często niewidoczne, obecne jedynie jako głos z offu. Niektóre ujęcia mogą się zdawać zbyt eksperymentalne, zanadto ekstrawaganckie, ale w tej nieoczywistości tkwi również ich siła. Podobnie jak w przeciągniętych zbliżeniach na nieruchome postaci lub przedmioty, gdy widzowi udziela się otępienie bohaterek.

Wyrazy uznania należą się montażystce Katarzynie Leśniak i trojgu operatorów: Krzysztofowi Ptakowi (który tak jak Krzysztof Krauze nie doczekał premiery filmu), Józefinie Gocman i Wojciechowi Staroniowi. Bezbłędnie wklejone w fabułę retrospekcje sugestywnie łączą w sobie gwałtowny naturalizm i surrealizm rodem z sennego koszmaru. Z kolei wyblakła paleta kolorystyczna filmu, oscylująca między ziemistymi brązami i zimnymi niebieskościami, doskonale koresponduje ze stanem emocjonalnym bohaterek. Niekiedy, szczególnie w części afrykańskiej filmu, dochodzi ponadto znakomita gra kontrastem, niektóre kadry mają w sobie wręcz malarskie piękno.

Werystyczne ujęcia dzikich zwierząt, jak powracający niczym refren motyw sępów rozszarpujących ofiarę, a także sceny z Hutu określających masakrowanych Tutsi mianem „karaluchów”, służą twórcom za czytelną, acz nienachalną przesłankę o człowieku jako kolejnym ogniwie łańcucha pokarmowego. Nie sposób nie mieć tu skojarzeń z niedawnym „Pokotem” Agnieszki Holland, ale o ile Holland zupełnie nie poradziła sobie z łączeniem tonacji i konwencji, o tyle u Krauzów nic nie zgrzyta, przede wszystkim dlatego, że nie bawią się – jak onegdaj im się zdarzało –  w „kino gatunków”, mimo że ekranowa sytuacja niejednokrotnie sprzyja wprowadzeniu „gatunkowej” intrygi, np. przy okazji potencjalnie kryminalnego wątku poszukiwania morderców swojej rodziny.

Ale nie – film pozostaje intymną historią z komentarzem społecznym w tle, przejmującą opowieścią o stracie i traumie, o śmierci i potrzebie odrodzenia. Krzysztof Krauze pozostawił wspaniały testament, a kończąca film niemal samodzielnie Joanna Kos-Krauze jawi się jako doskonale rokująca „debiutantka”.

„Ptaki śpiewają w Kigali”; Polska 2017; reżyseria: Joanna Kos-Krauze, Krzysztof Krauze; dystrybucja: Kino Świat; czas: 113 min