"Na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć. Śmierć zastanowił się przez chwilę. Koty, stwierdził w końcu. Koty są miłe".  Słowa te pochodzą z dzieła do "Kedi" odległego, ale Terry Pratchett pisząc "Czarodzicielstwo" miał rację. O tym samym przekonają się wszyscy, którzy pójdą do kina na film "Kedi - sekretne życie kotów". To film hołd zarówno dla zwierząt, ale (kto wie, czy nawet nie bardziej) dla ich miłośników.

Wraz z kotami chodzimy po zakamarkach Stambułu. Jesteśmy na targowiskach i w porcie, na dachach i parapetach. Dajemy się wygłaskać w sklepie z odzieżą, ale też schodzimy do kanałów, gdzie walczymy z największą plagą miast portowych: szczurami. Kotom na ratunek idą ludzie: małe starają się ratować i karmić, o dorosłe dbać, nie dbając o wzajemność i pamiętając, że kot to ssak, co własnymi ścieżkami chodzi.

Jeden z opiekunów mówi do kamery, że jeśli nie kocha się zwierząt najprawdopodobniej nie jest się zdolnym do miłości. To samo można powiedzieć o tych, do których skierowany jest ten film. Osoby zwierzęta te traktujące jako sierściuchy, odganiające się od nich nogami i rękoma "Kedi" powinny ominąć z daleka.

Inni będą zachwyceni. Film polecić każdemu kto miał (miau?), ma lub kota mieć będzie. W szczególności ci ostatni, mogą się o kociej naturze wiele dowiedzieć. I zadać sobie pytanie - czy jestem właściwą osobą, by kotem móc się zajmować. 

A - na cudownym marginesie - przy okazji oglądaniu "Kedi" poznamy kawałek Stambułu z nie do końca turystycznej perspektywy.