Trafiający na wyspę rozbitek nie mówi do nas przez cały film ani słowa. Jego komunikaty wyrażane gestami, chrząknięciami, okrzykami pozwalają odczytać emocje, odnaleźć się w świecie wrażeń. Słowa w filmie są niepotrzebne. Mogłyby nawet z opowieści zrobić pseudofilozoficzne źródło cytatów pokroju Paulo Coehlo, spłycić i pozbawić tego, co niedotykalne, nienazywalne.

Oscarowy twórca Michael Dudok de Wit (przypomnijcie sobie jego „Ojca i córkę”) opowiada historię, w której znajdziemy odniesienia do kultury wschodu i zachodu. Pierwszym, naturalnym skojarzeniem jest oczywiście Robinson Crusoe. Ale miłośnicy kultury azjatyckiej odnajdą tu dziesiątki nawiązań, wśród których najbardziej oczywiste to język filmu, kreska, sposób poprowadzenia narracji. Bohaterowie przekazują emocje patrząc, skupiając wzrok na gestach i wydarzeniach. Słowa ten stan emocji niepotrzebnie będą rozbijać.

Fabuła, prowadzona bardzo wolno, bez jakiegokolwiek pośpiechu, pozwala momentami – co w odbiorze dzieła nie przeszkadza - na ucieczkę we własny świat, na przemyślenia. Podczas pokazu wzrok widzów uciekał momentami od ekranu, co wadą nie jest. „Czerwony żółw” każdego ma poprowadzić w krainę jego własnych emocji i przeżyć.

Chciałem by był to film był uniwersalny, zrozumiały w różnych kulturach” – powiedział Michael Dudok de Wit, sugerując jednocześnie, że to film bardziej dla dorosłych niż dla dzieci. To oczywiście prawda, ale tylko dlatego, że by dobrze przyswoić treść filmu trzeba swoje przeżyć, umieć spojrzeć z refleksją. To sprawia też, że film należeć będzie do wąskiej grupy obrazów, do których będziemy mogli powracać po latach, za każdym razem odnajdując dla siebie inne znaczenia i dopasowując obrazy od innych momentów w życiu.

Czego chcieć od kina więcej?

"Czerwony żółw"; Gutek Film; w kinach od 23 czerwca 2017 roku