W takim duchu opowiedziana jest nowa filmowa wersja legendy. Wybity wyraźnie – jak u Batmana czy Spider-mana - jest wątek zagubionych rodziców i przybranych opiekunów. W tym przypadku są nimi prostytutki. Dobitnie pokazana jest droga do pozyskiwania niezwykłych umiejętności oraz unaocznione znane nam dylemat: czy dam radę poradzić sobie z niezwykłym darem, który przez zrządzenie losu dotknął właśnie mnie. I czy to ja, stając niemal sam przed przeciwnościami losu i bardzo złymi, posiadającymi okrutne zamierzenia i czarne moce (pokazanie niezwykłych umiejętności Vortigena do złudzenia przypomina znane nam narodziny czarnych charakterów u Marvela lub w DC) dam radę i zbawię świat.

Bohaterowie w takiej opowieści muszą wyglądać jak milion denarów. Królem Arturem jest zatem Charlie Hunnam, prezentujący tu i ówdzie swój sześciopak, jego przeciwnikiem Vortigenem Jude Law (nie na darmo w "Młodym Papieżu" grano mu na wejście „I’m sexy and I know it” ). Mało? Pojawiają się tu też Eric Bana, Djiomn Hounsou oraz koleś który na długo przed Christiano Ronaldo pokazał co to znaczy dobrze grać z numerem „7” i robić wokół tego marketing, czyli David Beckham.

Mamy tu też pościgi i bijatyk, walki i starcia. Mamy magię, mamy zaklęcia. I mamy nawiązania. Kiedy Artur dotyka miecza mamy oczywiste skojarzenia z wizjami Frodo z "Władcy pierścieni", a kiedy grająca Maga Astrid Bergès-Frisbey zachęca zwierzęta do ataku, świat zamigotał ponurością barw jak wtedy, gdy swe obrzędy odprawia Melisandre z "Gry o tron". Król Artur dodatkowo wie, co to kung-fu, a jego przyjaciel Bill (by mieć jeszcze większe skojarzenia – w tej roli znany z tej samej "Gry o tron" Aiden Gillen) strzela z łuku lepiej niż sam Robin Hood. Wszyscy są tak super, że ani Batman, ani Spider-man nie daliby im rady. Nie mówiąc o tym, że żaden z nich (nawet Thor) nie byłby w stanie wyciągnąć Excalibura ze skały.

W tym szaleństwie aktorstwo nie jest spychane na dalszy plan, choć nikt tu żadnej nagrody za kreacje nie dostanie. Reżyseria i scenariusz nie wymykają się spod kontroli, choć gdyby film skrócić o kwadrans nikt by się specjalnie nie obraził. Są dwie sceny, które miłośników dobrze zrobionych efektów specjalnych delikatnie zabolą.

Nie każdy musi kupić świat, w którym Król Artur wygląda tak, jak powinien wyglądać bohater tytułowy z opowieści o Christianie Grayu. Nie każdy musi wejść w konwencję, która ucieka od dawnych ekranizacji, które z racji na walkę o równość i troskę o uciskanych, cenzura prlowska dopuszczała do prezentacji w jednym z dwóch kanałów telewizyjnych w postaci serialu lub filmu. Z drugiej strony – jeśli Artur ma być silny, sprawny i mieć kontakt z magią to jak w czasach seriali HBO oraz filmów z DC lub od Marvela go pokazać?

"Król Artur: Legenda miecza" może, ale nie musi być wyjściem do pokazania tego, co dalej z legendarnym władcą się działo. Moja wyobraźnia już snuje mi wizję, jak w nowym świecie filmowym pokazać romans Ginewry z Sir Lancelotem.

Ja nowego króla Artura kupuje w całości. Choć wiem, że zaraz po powrocie z kina znajdą się tacy, którzy za wszelką cenę będą starali się odnaleźć starą książkę ze spisaną z pięknymi ilustracjami. Artur wyglądał w nich tak niewinnie…

ocena 7/10

"Król Artur: Legenda miecza"; Warner Bros; polska premiera: 15 czerwca 2017; czas: 126 minut; reżyseria: Guy Ritchie; w rolach głównych: Charlie Hunnam, Astrid Bergès-Frisbey, Jude Law, Djimon Hounsou, Erc Bana, Aiden Gillen