Dwa nieudane filmy –"Batman v Superman: Świt sprawiedliwości" oraz "Legion samobójców" – wystarczyły, by stracić wiarę w projekt o nazwie DC Extended Universe. Komiksowy potentat bezskutecznie próbuje nawiązać rywalizację z Marvelem i Disneyem, którzy serią o Avengersach zaliczają kolejne sukcesy. Przeniesione na ekran superbohaterskie uniwersum, ciężką ręką kontrolowane przez Zacka Snydera, przytłaczało do tej pory posępną atmosferą, niemal całkowitym brakiem poczucia humoru, a nawet – choć zdaję sobie sprawę, że to argument nerdowski – wątpliwym szacunkiem do komiksowych oryginałów. Wonder Woman, najważniejsza obok Batmana i Supermana postać z panteonu DC Comics, przynosi pożądaną zmianę: niepełną i być może jedynie chwilową, ale jednak zmianę.

Sama historia narodzin Wonder Woman to temat na film i to dla dorosłych widzów. Twórca postaci, pisarz i psycholog William Moulton Marston, na początku lat 40. ubiegłego wieku, postanowił dać czytelnikom herosa, który zło będzie zwalczał miłością, mniej chętnie niż inni zamaskowani bohaterowie używając pięści i kopniaków. To żona Marstona wpadła na pomysł, by zamiast jakiegoś, powiedzmy Wonder Mana, na kartach komiksów pojawiła się Wonder Woman. A pomysłowy William dał bohaterce urodę i cechy charakteru zarówno swojej żony, jak i ich wspólnej kochanki – Marstonowie tworzyli rodzinę niezbyt konwencjonalną. Ich życie, zresztą nie tylko erotyczne, przełożyło się na kolejne elementy komiksu. Marston był entuzjastą praktyk sadomasochistycznych, a przy okazji jednym z twórców wariografu: warto o tym pamiętać, gdy na ekranie (lub kartach komiksowych albumów) będziecie podziwiać Wonder Woman korzystającą z Lassa Prawdy, artefaktu, który każdego zmusza do szczerości.

Komiksowy rynek bardzo długo traktował Wonder Woman jak zabawkę. Owszem, dziewczynki podziwiające jej przygody, mogły w Dianie Prince (takiego nazwiska używa w cywilnym przebraniu) widzieć spełnienie swoich marzeń o niezależności, ale to jednak chłopcy stanowili większość czytelników komiksowych magazynów: dla nich nie liczyły się feministyczne akcenty, ale obcisłe kostiumy i kobiece kształty. Z czasem jednak Diana stała się jedną z najciekawszych, najbardziej złożonych postaci komiksowego uniwersum DC. A filmowa opowieść potrafi to wykorzystać.

Fabuła „Wonder Woman” nie jest złożona: na zamieszkanej przez amazonki rajskiej wyspie Themiscyrze (zazwyczaj ukrytej przed wzrokiem śmiertelników) rozbija się amerykański pilot Steve Trevor. To od niego kobiety dowiadują się, że na świecie toczy się wielka wojna, na frontach zginęły miliony ludzi, a szczególnie złowieszczy generał Ludendorf – wraz ze swoją asystentką, nazywaną Doktor Trucizną – pracuje nad bronią masowej zagłady. Wbrew woli pozostałych amazonek, Diana (wierząca, że wojna to dzieło boga Aresa) wyrusza ze Steve'em do Londynu, tam montują niewielką ekipę wyrzutków, która ma powstrzymać zbrodniarza. Oczywiście w scenariuszu są wszystkie niezbędne elementy i wszystkie zgrane klisze superbohaterskich opowieści, zaś finałowa walka przynosi – również za sprawą zaskakująco mało pomysłowych efektów specjalnych – rozczarowanie. Zbyt często dochodzi też do głosu producenckie ego Snydera, który nie mógł się powstrzymać przed wciśnięciem do filmu solidnej dawki patosu i obowiązkowych scen walk skręconych w niemiłosiernie zwolnionym tempie. Ale siłą filmu jest przecież Diana, bohaterka na nowe czasy.

Wonder Woman” to nie feministyczny manifest, ale jest jednak wyrazistą deklaracją światopoglądową. Wielkie znaczenie ma przy tym fakt, że to pierwszy superbohaterski film z kobietą w roli głównej (czyli coś, na co Marvel i Disney każą nam jeszcze poczekać do 2019 roku i premiery „Kapitan Marvel”), na dodatek przez kobietę wyreżyserowany. I nieważne, że akcja toczy się sto lat temu – ta Wonder Woman odgryzłaby się Trumpowi za seksistowskie żarty, a podczas Czarnego Protestu stałaby w pierwszym szeregu. Jest niezależna, silna, pewna siebie, świadoma swojej kobiecości. I nawet jeśli długo zmaga się z próbami zrozumienia reguł rządzących ludzkim światem lub relacjami damsko-męskimi, to żarty nigdy nie zmieniają jej w głupiutką, nieogarniętą panienkę. Ten sukces to również zasługa fantastycznej Gal Gadot – błysnęła już jako Wonder Woman w „Batman v Superman”, rozjaśniając przynajmniej na chwilę ponure miazmaty wyobraźni Zacka Snydera, a teraz znów udowadnia, że ma charyzmę, talent i poczucie humoru. Jej błyskotliwe, pełne ironii rozmowy z granym przez Chrisa Pine'a Steve'em to najlepsze sceny filmu. Na swój sposób sprawia, że warto czekać na premierę „Ligi Sprawiedliwości” (wyreżyserowanej przez Snydera, który wycofał się z produkcji po rodzinnej tragedii, a dodatkowe sceny realizował Joss Whedon): jeśli ktoś ma uratować DC Extended Universe przed całkowitą porażką, to będzie to tylko Wonder Woman.

„Wonder Woman”, USA 2017, reżyseria: Patty Jenkins, dystrybucja: Warner, czas: 141 minut; premiera 2 czerwca