Od zawsze byłem uczony, by uprawiając zajęcie krytyka, słowa największe i najważniejsze zostawiać na okazje, które naprawdę są ważne i doniosłe. Bo są momenty, kiedy trzeba oddać mistrzowi, co mistrzowskie i nazwać to, co wybitne, arcydziełem. Mało miałem okazji w życiu, by napisać z pełnym przekonaniem o filmie – to rzecz, która wchodzi do kanonu, będziemy do niej wracać. I chyba nie ma nikogo, kogo obraz pozostawiłby obojętnym, a kadry z niego pozostaną na długo – kto wie może na całe życie.

Po europejskim, bo pokazującym życie we Francji, filmie „PrzeszłośćAsghar Farhadi powraca do Iranu, by od pierwszego kadru wejść w życie zwykłej rodziny z Teheranu. Małżeństwo Rany i Emada Etesami (w tych rolach Taraneh Alidoosti oraz Shahab Hosseini) zmuszone jest wynająć mieszkanie od kolegi z teatru, Babaka (Babak Karimi gra tu ponoć w dużej mierze samego siebie). Z poprzedniego, własnego musieli uciekać w środku nocy – ktoś mało przytomny uszkodził koparką rurę gazową i uczynił budynek zagrożonym. Nowe mieszkanie ma swą historię, która szybko daje się we znaki małżeństwu. Mieszkała w nim przyjaciółka Babaka, która taką samą atencją darzyła jego, jak i każdego, kto płacił jej za bliskość. Jednego z wieczorów Rana otworzyła domofonem drzwi zaraz po wyjściu Emada – jest przekonana, że mąż wrócił się po klucze i spokojnie wychodzi do łazienki. W następnej scenie widzimy efekt konfrontacji z, jak się okazuje, nieznajomym. Rana leży mocno okaleczona – jest okrutnie pokrzywdzona, a rany fizyczne wydają się być po czasie o wiele lżejsze niż bruzdy, które zostają na jej psychice.

Babak reaguje na wydarzenia nerwowo, co nie przekłada się dobrze zarówno na relacje towarzyskie, jak i to, co dzieje się na deskach teatru. Tam trwają próby do „Śmierci komiwojażeraArthura Millera. O, słodka przewrotności! „Forushande” (tak w oryginale nazywa się obraz) to właśnie komiwojażer. „Komiwojażer nie ma w życiu stałych punktów oparcia. Jest człowiekiem, który wisi w powietrzu, jedzie przez życie na uśmiechu i fantazji. A kiedy nagle przestają odpowiadać na jego uśmiech, wówczas wali się wszystko” – słyszymy w sztuce Millera. Kiedy Emad powoli próbuje odnaleźć się w roli męża pokrzywdzonej żony i – wbrew opinii tej ostatniej – pogrąża się w ślepej chęci zemsty, przestaje widzieć uśmiech ze strony bliskich, przestaje mieć szacunek uczniów w szkole, w której uczy, a dotychczasowi przyjaciele na jego widok spuszczają głowy.

O, słodka przewrotności po raz wtóry! Farhadi po raz pierwszy tak dobitnie przyznaje się do fascynacji teatrem – a przecież to zapożyczenia nie tylko od Millera, ale nawiązania do szekspirowskich dramatów czy wprost odwołania, czy nawet cytaty z antycznych tragedii uczyniły go jednym z najwybitniejszych twórców kina światowego. To, co niektórzy nazywają powtarzalnością Farhadiegio, mówiąc o tym, że u niego wręcz spodziewać się należy niespodziewanego, a co z niespodzianki czyni za którymś razem oczywistość, traktować należy jako znak wodny, autorski, mistrzowski podpis.

Farhadiego znakiem rozpoznawczym jest też magiczny uniwersalizm. Rana i Emad (tak jak bohaterowie wszystkich jego poprzednich filmów) mogą mieć dowolne imiona, a ich historia będzie pasować do dowolnego miejsca na Ziemi – jak (nie szargając świętości) „Hamlet” może być przenoszona w czasie i ubierana w nowe okoliczności.

Bo najważniejsze pozostają tu ludzkie uczucia, emocje czy nawet instynkt. Narodziny zła, które Farhadi chciał ukazać, widzimy u niemal każdego z bohaterów. Ugina się pod nim Emad, który nie potrafi zdławić w sobie pierwotnych, prymitywnych uczuć i psuje tym relacje z całym światem. Postać, jaką znamy sprzed tragicznego wydarzenia w mieszkaniu umiera dla świata, a epizod ów powołuje do życia człowieka tak samo złego, jak i zagubionego.

Złem przesiąknięty jest Babak, zło zaczyna kipieć na lekcjach z uczniów Emada, złem przesiąknięci są niemal wszyscy bohaterowie. I tak jak w nie wiedzieć czemu uważanej za potknięcie Farhadiego „Przeszłości” wszyscy ukrywając swe słabości i słabostki kłamią, nieprawdę świadcząc wszystkim, od siebie samych począwszy. I jak zwykle ich kłamstwa, źródło tego zła jest gdzieś tam w świecie, w którym wszystko jest względne i wytłumaczalne, łatwe do usprawiedliwienia.

Nie dziwi mnie drugi już Oscar dla Asghara Farhadiego. Oprócz niezwykłości i wielowarstwowości „Klient” (który oczywiście przez durne zarządzenia nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych zyskał darmowe publicity) porusza dylematy, które pasują jak ulał do dyskusji o odpowiedzialności za czyny, o pochopności w ferowaniu wyroków i wymierzaniu kary.

Trudno o trafniej sformułowane w 2017 roku pytania o naszą moralność. Zadaje je przedstawiciel narodu uważanego przez wielu za źródło zła, a odczytują je narody, które szczycą się tym, że zło próbują wyplenić. O, słodka przewrotności!

"Klient"; Asghar Farhadi; Iran 2016; w polskich kinach od 21 kwietnia 2017 roku