Przyznaję, że moja wiedza na temat teatru tańca jest znikoma, jej luk nie wypełniają nawet wizyty na festiwalu ciało/umysł. W mojej świadomości Ohad Naharin istniał więc jako jedno z ważnych dla kultury nazwisk, z którymi nie potrafiłem połączyć konkretnych informacji (poza przygotowaniem Natalie Portman do roli w „Czarnym łabędziu”), nie mówiąc o emocjach. Proszę wybaczyć ten osobisty wstęp, ale mam przekonanie, że wielu widzów znajduje się w podobnej sytuacji: hasło „dokument o teatrze tańca” przyjmą w najlepszym razie wzruszeniem ramion. Tymczasem film Tomera Heymanna wcale nie jest hermetyczną opowieścią, niedostępną dla tych, którzy nie rozpoznają kulturowych kodów związanych z teatrem tańca.

Od ponad ćwierćwiecza Ohad Naharin jest dyrektorem artystycznym Batsheva Dance Company. Zbudował zespół od nowa, dziś Batsheva gra niemal wyłącznie spektakle jego autorstwa. Wymyślił własny język tańca, który zdobył popularność na całym świecie. Dla Tomera Heymanna twórczość Naharina była zauroczeniem od pierwszego wejrzenia. „Byłem pijany bez alkoholu. Naćpany bez narkotyków. Prawdziwy odlot. Tylko dzięki temu, że obejrzałem taniec kogoś, o kim nigdy nie słyszałem”, wspominał reżyser swoje wrażenia po spektaklu „Echad Mi Yodea”, który zobaczył w 1991 roku, krótko po premierze. Naharin właśnie rozpoczynał swoją rewolucję. Rozsadzał skostniały, tradycyjny teatr tańca od środka – w Izraelu nie było wówczas takich artystów jak on. „Echad Mi Yodea” to tradycyjna żydowska piosenka śpiewana na święto Pesach. „On ten tekst, który mam we krwi, w historii, przerobił tak, że mówi o seksualności i płci. Nigdy nie widziałem czegoś takiego”, opowiadał reżyser. Batsheva wystawia „Echad Mi Yodea” do dziś (jako część spektaklu „Deca Dance”, swoistego the best of zespołu). I wciąż robi swoim hipnotycznym, transowym rytmem robi ono olbrzymie wrażenie. Podobnie jak Naharin nie stracił swojej charyzmy. Stał się ikoną izraelskiej kultury, a jednocześnie pozostał wiecznym buntownikiem: nie wahał się w ostatniej chwili odwołać występu swojego zespołu na obchodach 50. rocznicy powstania Izraela, gdy organizatorzy wykazali cenzorskie zapędy (skończyło się skandalem, lecz także masowymi demonstracjami w obronie wolności artystycznej wypowiedzi). Więc tak, „Mr. Gaga” to przede wszystkim biografia wybitnego choreografa, zrealizowana z nerwem, empatią, poczuciem humoru i kulturową erudycją – już to powinno być wystarczającą zachętą.

Jednak film Heymanna jest przecież znacznie bardziej uniwersalną przypowieścią. Reżyser pracował nad tym filmem osiem lat. Gotowy materiał przemontowywał w nieskończoność, dokładał nowe ujęcia i archiwalia, zmieniał koncepcje, mimowolnie tworząc filmowy palimpsest, odsłaniający kolejne warstwy, znaczenia, punkty odniesienia. Także sam Ohad Naharin z biegiem czasu odsłania kolejne twarze: gdy zaczynamy go postrzegać jako surowego mistrza tresującego swoich podopiecznych (może daleko mu do bohatera filmu „Whiplash”, ale to ten kierunek), okazuje się wyrozumiałym i cierpliwym nauczycielem; skupiony na karierze i osiągnięciu zamierzonego celu profesjonalista jest zarazem czułym i kochającym mężem (historia jego związku z tancerką Mari Kajiwarą – zmarłą w 2001 roku – jest fascynująca i prawdziwie wzruszająca); zamknięty w sobie i zdystansowany, swoim tańcem dzieli się ze światem nie tylko jako artysta, lecz również jako twórca języka ruchu, który może opanować każdy, bez względu na fizyczne predyspozycje. „Mr. Gaga” okazuje się więc przypowieścią o splocie życia i tańca, o twórczej manipulacji, o altruizmie i empatii, wreszcie o przełamywaniu barier i wyzwoleniu, jakie może przynieść sztuka.

Mr. Gaga, Izrael, Szwecja, Niemcy, Holandia 2015, reżyseria: Tomer Heymann, dystrybucja: Gutek Film, czas: 100 min