Ustalmy od razu czym w tym przypadku jest uczta dla oka. Z jednej strony są to rewelacyjne efekty specjalne. Małpa wygląda realistycznie, porusza się tak, że ani przez moment nie mamy wrażenie, że ktoś ją przerysował. Jak wiadomo z opisów i zwiastunów Kong walczy nie tylko z ludźmi, ale i dinozauroidalnymi stworami, które wyłażą spod ziemi. One są wrogami zarówno ludzi, jak i małpy. I walczą tak, jakbyśmy oglądali przetworzony przez nie do końca zdrową wyobraźnię pojedynek zwierząt z tych filmów przyrodniczych, które skupiają się na okrucieństwie istot zamieszkujących nasz glob.

Oko cieszyć ma też para młodych bohaterów. Tom Hiddelston zakłada koszulki ściśle przylegające do ciała, a mimo kilku dni spędzonych w tropikalnej dżungli jego włos jest wystylizowany zawsze tak, jakby świeżo wyszedł od fryzjera. Brie Larson nosi koszulkę, która podkreśla to, co faceci chcą, by u kobiety było podkreślone. Starsi aktorzy idealnie wchodzą w nieco komiksową konwencję: Samuel L. Jackson jest doskonale zaprogramowanym przez armię oficerem-robotem, który walczy, by wygrać z wrogiem (a wróg to wróg, na co drążyć niuanse), John Goodman jest dążącym (dosłownie) po trupach do celu karierowiczem, a John C. Reilly jest sprawiedliwym, wiernym żonie i ojczyźnie wojakiem.

Miłe dla oka zamienia się w miłe dla ucha, gdy odtwarzane są taśmy i płyty winylowe. Akcja umiejscowiona jest w latach siedemdziesiątych, co dla każdego wrażliwego na dobrą kompozycję jest wyborem najlepszym. Słyszymy i Black Sabbath i Jefferson Airplane. Pojawia się David Bowie oraz The Stooges.

Kinomani mają tu dziesiątki większych lub mniejszych nawiązań i to nie tylko do pozostałych – co oczywiste – historii o King Kongu, łącznie ze słynną sceną małej kobiety w ręku wielkiej małpy. Początkowa scena to nawiązanie do „Piekła na Pacyfiku”, a w dialogach słyszymy – dodana przypadkiem lub raczej nie – nieśmiertelną kwestię z Monthy Pythona „przestałeś być zabawny”. Są nawiązania do walk potworów, zrobione przy okazji tak spektakularnie, jak to można teraz zrobić.

Film ma oczywiste ekologiczne przesłanie, pokazując jak bardzo człowiek zakłóca to, co natura uregulowała doskonale. Dodatkowo lansowany jest pacyfizm, bo rycerskość żołnierzy pokazana jest dzięki roli Reillyego jako przeszłość, a zabawki dla facetów w mundurach prowokują samo zło. Przy okazji - amerykański sztandar nie powiewa tu radośnie ani przez chwilę.

Jest tu spora dawka poczucia humoru w dialogach, jest też wejście w konwencję filmu o potworach. Spodziewajcie się więc, że kiedy ktoś z bohaterów chowa się za naturalną przeszkodą (w sumie objedzona kość potwora jest naturalną przeszkodą, prawda?) to przechodzący obok stwór wydając ryk otworzy paszczę tak szeroko, że gdyby miał migdałki, to na pewno byśmy je dostrzegli.  Spodziewajcie się, że głowy będą nagle zamieniać się w krwawe masy, a naukowcy na własnej skórze dowiedzą się, że są(?) na tym świecie stwory, które lubią ludzkie mięso.

Będą osoby, które z filmu „Kong: Wyspa Czaszki” wyjdą z niesmakiem - zarówno estetycznym, wywołanym krwią, kośćmi i mięsem, jak i tym związanym z podejściem do fabuły, która nie dość, że wyssana z palca (tych, którzy wierzą, że na ziemi żyją dinozaury proszę o przebaczenie) to jeszcze niemal na pewno wiadomo, jak się skończy.

Będą jednak i tacy, którzy doskonale narysowaną konwencją będą się bawić, do kina pójdą na randkę, którą zakończą w restauracji, próbując zjadać ośmiorniczki tak, jak robił to Kong.

Smacznego!