Rekordowy zdobywca siedmiu Złotych Globów stanowi naturalną konsekwencję drogi twórczej Damiena Chazelle’a. Z debiutanckiego "Guy and Madeline on a Park Bench", skromnego czarno-białego filmu niezależnego, reżyser bierze wątek miłości jazzmana i kelnerki zakochanej w starym kinie. Z oscarowego "Whiplash" – temat współzależności, pasji i poświęcenia.

Film zaczyna się sceną w korku ulicznym, co w kinie jak dotąd z reguły nie zwiastowało niczego dobrego, by wspomnieć choćby "Weekend" Godarda czy "Upadek" z Michaelem Douglasem. Dla Chazelle’a zator na autostradzie jest jednak pretekstem dla imponującej sekwencji musicalowej, nakręconej w jednym ujęciu przy udziale paru tuzinów tancerzy przetaczających się przez maski samochodów i stepujących na ich dachach.

W korku – przede wszystkim życiowym – stoją też Mia (Emma Stone) i Sebastian (Ryan Gosling). Ona pracuje w kawiarni nieopodal miejsca, gdzie kręcono "Casablankę", i bezproduktywnie biega z castingu na casting. On jest sfrustrowanym pianistą jazzowym zmuszonym przygrywać do kotleta. Oboje pragną być nie tyle beneficjentami hollywoodzkiego splendoru, ile artystami przez duże A, które to marzenie popycha ich ku sobie.

Początkowe fragmenty filmu zanurzone są w lirycznej nostalgii: plakaty z Ingrid Bergman w pokoju Mii, kolekcja winyli u Sebastiana, murale z Chaplinem mijane po drodze, pierwsza randka na "Buntowniku bez powodu". Narrację współtworzą dowcipne dialogi rodem z klasycznych screwball comedies oraz przyjemnie swingujące piosenki autorstwa Justina Hurwitza i duetu broadwayowskich tekściarzy znanych jako Pasek and Paul. Ekranowy świat tchnie kolorową energią za sprawą żywych zdjęć Linusa Sandgrena i fantastycznej choreografii Mandy Moore.

Wszystko to zrazu przypomina bombonierkę z pozytywką – nigdy nie wiesz, czy przy następnym zwrocie akcji trafisz na cukierek nawiązujący smakiem do sztandarowych musicali MGM, francuskich wodewili Jacques’a Demy’ego, czegoś o ciężarze "New York, New York" Scorsesego, albo znów lekkości popu lat 80. spod znaku A-ha, dziwności klipu Björk "It’s Oh So Quiet" spod ręki Spike’a Jonze’a etc. Wiadomo tylko, że za każdym razem będzie słodko i romantycznie.

Chazelle znajduje jednak sposób na to, by widza nie zemdliło, a obraz okazał się czymś więcej niż pastiszem i sumą rozległych inspiracji. Podobnie jak ostatnio Lenny Abrahamson w wybitnym "Pokoju", dokonuje przewrotki w połowie filmu. Nie tak radykalnej jak Irlandczyk, ale też poniekąd zaczyna nowy rozdział tam, gdzie większość twórców by skończyła.

Kolory nieco blakną; wkradają się pastele. Skoczne kompozycje ustępują miejsca melancholijnym balladom pokroju osławionego już "City of Stars" i minimalistycznym, intymnym solówkom w duchu Stephena Sondheima. Słoneczną fantazję przykrywa cień realizmu. Frenetyczna love story gładko przechodzi w studium relacji w obliczu potencjalnego spełnienia zawodowego obojga partnerów. To samo, co pierwotnie przyciągnęło do siebie Mię  i Sebastiana, a następnie stało się katalizatorem ich ambicji, teraz ich od siebie odpycha.

Trudy życia z artystą pod jednym dachem to nie jest oczywiście temat w kinie nowy, niedawno podjęła go choćby "Ostatnia rodzina". Z gruntu rozrywkowy "La La Land" traktuje owo zagadnienie oczywiście bardziej pobieżnie, niemniej podwaja stawkę: miłosno-egzystencjalny kompromis (lub brak kompromisu) staje się udziałem dwojga artystów.

Finalnie Chazelle nie pozostawia złudzeń co do tego, że beztrosko skoordynować marzenia z rzeczywistością można tylko w bajkach, za to jeszcze silniej niż w "Whiplash" akcentuje pytanie, czy artystyczny triumf wart jest każdych prywatnych wyrzeczeń.

La La Land | USA 2016 | reżyseria: Damien Chazelle | dystrybucja: Monolith | czas: 128 min