To było dawno temu, wtedy byłem jeszcze młody i naiwny. Pamiętam ten dreszcz emocji, kiedy do prasy wyciekały pierwsze zdjęcia. Michał Żebrowski z długimi siwymi włosami, w tunice, z dwoma mieczami na plecach, z groźną miną i takim też spojrzeniem miotanym z kocich, podkręconych żółtymi soczewkami kontaktowymi oczu. To było coś! Pomyślałem sobie, że takiego wiedźmina chciałbym obejrzeć w filmie nakręconym na podstawie sagi Andrzeja Sapkowskiego. Jak nietrudno zgadnie każdy, kto widział choć 30 sekund „Wiedźmina” z 2001 roku, zdanie zmieniłem dość szybko. W zasadzie jeszcze w kinie i jeszcze zanim na ekranie pojawił się Geralt ciągnący przez bagna gigantyczną gumową zabawkę do kąpieli, która miała grać usieczonego srebrnym mieczem potwora. Ale chociaż dziś nie jestem już ani młody, ani naiwny (tak mi się przynajmniej zdaje), poczułem podobny dreszcz emocji co 15 lat temu, kiedy w internecie zobaczyłem pierwsze promocyjne zdjęcia zapowiadające film „Assassin’s Creed” kręcony na podstawie kultowej (choć nie lubię tego słowa, ale tak uważam) serii gier na komputer i konsole.

Michael Fassbender w stroju bliskowschodniego zakapturzonego fanatycznego mordercy prezentował się znakomicie. Moją czujność i instynkt samozachowawczy dodatkowo uśpiła roztrąbiona przez portale informacja, że do obsady filmu reżyserowanego przez Justina Kurzela dołączy Jeremy Irons. Ironsa i Fassbendera nie trzeba było mi przedstawiać, za to nazwisko reżysera sobie wygooglowałem i z zainteresowaniem stwierdziłem, że po ojcu ma polskie korzenie. Dostał więc od razu na starcie duży bagaż zaufania. Czy słusznie? Dziś mógłbym sam ze sobą polemizować.

Film nie jest zły. Efekty specjalne robią wrażenie. Kostiumy i postacie wyglądają jak żywcem wyjęte z gry. Michael Fassbender jako współczesny bohater Callum Lynch i średniowieczny Aguilar wspina się na mury, skacze na głowy wrogów wprost z dachów, biega szybciej od strzał oraz dzielnie siecze mieczem i dźga ukrytymi sztyletami wszystko, co się tylko rusza i mu zagraża. Ale scenariusz sprawiał, że momentami chciałem wyrwać mu z jego asasyńskich dłoni łuk i się zastrzelić.

Wydaje się, że rozwijana przez kilka części gry historia sekty asasynów konkurującej przez wieki z zakonem templariuszy, pociągnięta od Altaira, pierwszego bohatera z czasów wypraw krzyżowych, przez Ezio Auditore da Firenze z pogranicza włoskiego średniowiecza i renesansu, aż po asasyńsko-templariuszowych piratów z Karaibów, rewolucjonistów z Paryża, północnoamerykańskich Indian oraz rzezimieszków z XIX-wiecznego Londynu, trochę przerosła scenarzystów filmu. Zwyczajnie zabrakło im czasu, by dokładnie opowiedzieć ją tak, by trafiła nie tylko do fanów serii gier Ubisoftu, ale przede wszystkim do tych, którzy do tej pory ani z asasynami, ani z templariuszami nie mieli do czynienia.

Uciekający czas widać w każdej sekundzie tego filmu. Wszyscy się gdzieś spieszą, fabuła co chwilę puszcza oko do widza, dialogi to seria niedopowiedzeń, bohaterowie nie wahają się, główny bohater nie zastanawia się choćby przez chwilę nad konsekwencjami swoich wyborów. Nawet orzeł szybujący nad średniowiecznym krajobrazem – znak rozpoznawczy serii gier o asasynach – pruje tak, jakby napędzał go silnik F-16.

Im dalej w film, tym mocniej widać, że fabuła nie nadąża za pędzącym scenariuszem. W efekcie po wyjściu z kina można odnieść wrażenie, że właśnie obejrzeliśmy historię dwóch band, z których jedni to kumple jakiegoś przestraszonego sułtana ze złotego zamku, a drudzy to koledzy hiszpańskiej inkwizycji, którzy tych pierwszych lubią przywiązywać do słupów i podpalać. Przestrach sułtana jeszcze można zrozumieć, bo przecież nikt nie spodziewa się hiszpańskiej inkwizycji, ale trudno zrozumieć, dlaczego twórcy filmu ograniczyli się do wyjaśnienia, że asasyni to faceci w kapturach, a templariusze to faceci z krzyżami, którzy na dodatek od wieków snują szatański plan – zapanować nad współczesnym światem za pomocą złotego jabłka. Brzmi zachęcająco? Nie za bardzo...

Mimo wszystko jednak sądzę, że „Assassin's Creed” nie jest złym filmem akcji. Co więcej, jestem przekonany nawet, że ma potencjał – na nakręcenie porządnego serialu. Ale takiego, w którym reżyser i scenarzysta pochylą się również nad historią wypraw krzyżowych, średniowiecznych rycerzy i bliskowschodnich sekt religijnych. Może to zrobić nawet Justin Kurzel, o ile tylko nie spróbuje zrobić telewizyjnego serialu tak, jak zrobili to twórcy „Wiedźmina”. Dlatego jeśli jeszcze go nie oglądał, powinien zrobić to jak najszybciej. Ku przestrodze.