Bez obaw – to nie będzie film, który będzie was męczył przesłaniem. To lekka, co nie znaczy niepoważna historia. I podobnie jak w „Bogach”, które – mam nadzieję – na dekady wyznaczyły poziom filmu biograficznego w Polsce, „Sztuka kochania…” to obraz do obejrzenia przez każdego, a tylko od poziomu zaangażowania w film zależeć będzie, ile w widzu po seansie z niego zostanie.

Porównania do „Bogów” pojawiają się, bo producenci biografii Zbigniewa Religi na warsztat wzięli opowieść o bohaterce narodowej. Pisząc to określenie zdaję sobie jednocześnie sprawę, że największy problem z takim określaniem Michaliny Wisłockiej będą mieli ci, którzy zaprogramowani są na jednowymiarowe odbieranie tych słów. Ale czy bohaterką narodową nie jest ktoś, kto dał milionom Polaków (tak, wiem że to wyświechtany przez polityków slogan) szczęście, a często i zdrowie? Wzięcie na warsztat Wisłockiej po Relidze wydaje się więc posunięciem logicznym, konsekwentnym, a także pokazującym, kto tak naprawdę stoi za rozwojem cywilizacyjnym i wzrostem poziomu życia.

Reżyserem filmu została Maria Sadowska. Zatrudnienie kobiety było rozwiązaniem koniecznym, oczywistym i naturalnym jeśli spojrzymy i na biografię Wisłockiej i na scenariusz. „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” tylko pozornie jest tym, co przedstawia drugi człon tytułu. Sadowska zręcznie poradziła sobie ze scenariuszem autorstwa Krzysztofa Raka, który z biografii uczynił opowieść wielopłaszczyznową. Nie da się bowiem opowiedzieć o Wisłockiej, bez pokazania tła obyczajowego, bez pokazania skrajnej momentami nierówności płci, którą uwidacznia jeszcze przaśno-partyjniacka mentalność wszechwładnych kacyków. W pokazanie historii wpisuje się też ukazanie trwającego i dziś sporu o to, czy dążenie do szczęścia i spełnienia jest nadużyciem człowieczeństwa, czy wręcz przeciwnie – jego istotą. Pokazanie w scenie przedstawicieli kleru jasno popierających za PRLu wydanie „Sztuki kochania”, legendarnego poradnika seksualnego, jest jedyną jasną aluzją polityczną, nawet nie mrugnięciem okiem tylko oczywistym, mocnym pytaniem: zastanówcie się, kto tak naprawdę chce wykorzystywać ludzi, którzy mają w sobie aż tyle uprzedzeń.

Oczywistym jest, że kreacja Magdaleny Boczarskiej mogła film zabić lub go wzmocnić. Aktorka nie ucieka swa grą aż tak daleko od tego, co znamy z jej poprzednich ról, ale gra przekonywająco – kiedy trzeba jest mentorką w sprawach seksu, ale jest kobietą zagubioną w świecie uczuć, których podłoże emocjonalne (co potęguje paradoks) rozumie aż za dobrze, jest wreszcie – jakby to powiedziano w PRL – zawziętą, upartą babą, która jasno dąży do wytyczonego celu. Nie jest to portret radosny i gloryfikujący – każe zastanowić się nad ceną, jaką zapłaciła Wisłocka i nad tym, czy wspomniane zagubienie emocjonalne było warte osiągniętego celu.

Tam gdzie Boczarskiej jest za dużo w sukurs idą inni: role grane przez Justynę Wasilewską, Piotra Adamczyka i Eryka Lubosa zostaną nam w pamięci na długo. W szczególności ten ostatni jako trochę szorstki, ale i pełen namiętności amant powinien sprawić niejednemu widzowi niespodziankę.

Obraz Sadowskiej jest wreszcie historią wydania słynnej książki, która zrewolucjonizowała niegdyś kraj. Co w sposób przewrotny jest i zabawne i straszne – dziś takie same argumenty, które słyszała Wisłocka przy próbie wydania książki słyszy każdy, kto chce uczyć o anatomii, o seksie, o antykoncepcji czy rozdawać prezerwatywy. Co jest zaletą obrazu „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” pokazuje on, jakie fałszywa moralność, zwykłe prostactwo i dulszczyzna stanowią zagrożenie dla życia społecznego, jak bardzo zatruwa relacje i komu ona pomaga na co dzień. A że są to zazwyczaj zakompleksieni, żądni władzy faceci…

Przy poruszeniu tych wszystkich tematów – powtórzę – obraz Sadowskiej jest lekki. Atmosferę rozładowuje wiele scen o podłożu czysto komediowym – PRL pokazany jest tu bardziej jako komedia absurdów, niż przerażający reżim. Nawet sceny erotyczne mają wywoływać momentami uśmiech jak np. pozycja, którą na ciągniku przybrali w przypływie namiętności Magdalena Boczarska i Eryk Lubos.

Kto będzie chciał, spojrzy na „Sztukę kochania” jako na kino rozrywkowe. Inni dostrzegą w tym opowieści o kobiecie, która dbała o orgazm Polaków wbrew czasom i ludziom wbrew. W scenie konfrontacji z mężczyzną - seksuologiem, wraz z którym próbuje odpowiedzieć na listowne pytanie czytelniczki gazety, Wisłocka ku oburzeniu swego konkurenta radzi pytającej kobiecie, by jej facet zrobił jej dobrze językiem. Są tacy, których to oburzy pewnie i dziś, a to sprawia, że film jest też i socjologicznym portretem nas, Polaków. I niestety im śmieszniejszym, tym straszniejszym zarazem.