Pozornie stabilna kamera w jednym ujęciu ukazuje niezrozumiałe i bezkresne okrucieństwo – ciężkie do pojęcia, bo krzywda dzieje się wśród dzieci.

[HEAVY SPOILER ALERT]

W swym debiucie Bartosz M. Kowalski nawiązuje do historii, która wstrząsnęła Wielką Brytanią w lutym 1993 roku, czyli morderstwa James Bulgera. Dwóch dziesięciolatków porwało, torturowało i zamordowało niespełna trzyletniego chłopca, a jego ciało – tak, jak w „Placu zabaw” – porzuciło na torach kolejowych.

Z pozoru odległe wydarzenia po przeniesieniu na polskie podwórka, do polskiej szkoły w dniu rozpoczęcia wakacji, zyskują na autentyzmie. W filmie widzimy ukazaną dodatkowo historię młodej, dorastającej uczennicy, której imponuje klasowy szef paczki, który im bardziej lekceważy zaczepki, tym bardziej porusza dziewczęcą wyobraźnię.

Jeden z chłopięcych bohaterów pochodzi z rodziny, o której powiedzielibyśmy „to dobry dom”. W nim musi się opiekować niepełnosprawnym i z pozoru- jak na nastolatka - dba o niego perfekcyjnie. Obserwując z kamery, która w pomieszczeniach za bohaterami nie podąża, często pozostaje w miejscu dając pozór podglądania widzimy też nagły atak agresji. Twórcy filmu nie dają jasnej odpowiedzi na pytanie: kto i w którym momencie zawinił: cały system społeczny, edukacja, rodzice? Nie próbują też sugerować, czy cokolwiek usprawiedliwia chłopca, który skoro raz podnosi rękę, to zgodnie ze starymi regułami filmowymi i literackimi podniesie ją znów.

Drugi z bohaterów z dobrej rodziny już nie pochodzi. Chce szybko wkroczyć w świat dorosłych, zarabiać i palić. Chce uciec z piekła codzienności, choć absolutnie nie wie dokąd ma to go zaprowadzić.

Nie wiadomo, kto kogo bardziej w tym układzie fascynuje. Czy ten, który jest raczej tym dobrym uczniem spogląda w stronę drugiego, czy ten zły z domu chce uciekać od degrengolady dowartościowując się mogąc robić złe rzeczy przy mądrzejszym koledze. 

Z filmu nie dowiadujemy się, co stało u podłoża porwania dziecka z placu zabaw. Nie wiemy czy okrutna zbrodnia była zaplanowana, czy chłopcy o niej rozmawiali, czy znali swą ofiarę, czy rozumieli znaczenie czynu. Uderzająca jest też obojętność pojedynczych dorosłych, którzy może i przyglądają się podejrzanie wyglądającej sytuacji, ale absolutnie nie reagują.

W „Placu zabaw” nie ma dużo środków, które mają potęgować atmosferę filmu, podkreślać brutalność wydarzeń. Owszem – przejmująca i na swój sposób piękna jest muzyka Kristiana Andersena. Montaż (za niego też odpowiadał Bartosz M. Kowalski) nie zawiera tanich sztuczek, nie epatuje efektami. Dzięki temu przekaz filmu – rozumiany przeze mnie jako paniczny, podniesiony emocjonalnie okrzyk rozpaczy i buntu – brzmi wyjątkowo mocno. A że odpowiedzi na pytanie, kto jest adresatem tego okrzyku brak, problem z przyjęciem filmu część osób może mieć podwójny.