Ten film jest jak napis na murze wykonany przez Franza Kafkę. W opowieści o jednostce walczącej z opresyjnym systemem udało się reżyserowi połączyć słuszny gniew i głęboką wrażliwość. Bijąca z dzieła Kena Loacha szczerość pozwala zapomnieć, że Złotą Palmę przyznano mu trochę na wyrost, a scenariusz popada miejscami w melodramatyczne klisze. Któż bowiem zwracałby uwagę na takie drobiazgi, jeśli brytyjski twórca kolejny raz udowodnił, że potrafi jak nikt inny portretować narodziny międzyludzkiej solidarności? Scena, w której tytułowy bohater spontanicznie upomina się o godność kobiety traktowanej z pogardą przez urzędników, stanowi jeden z najmocniejszych obrazów, jakie zobaczymy w tym roku w kinie.

Drugi wielki moment w filmie Loacha następuje, gdy Blake w odruchu wściekłości wykonuje antysystemowe graffiti. Akt desperacji mężczyzny zjednuje mu sympatię przechodniów nagradzających brawurowy czyn brawami. W mistrzowsko zainscenizowanej sekwencji brytyjski reżyser mówi o szansie na stworzenie wspólnoty outsiderów, która nie opiera się na agresji, lecz wyzwalającej, błazeńskiej drwinie. Obficie reprezentowany w filmie Loacha humor odgrywa ważną rolę także dlatego, że neutralizuje groźbę popadnięcia w rewolucyjny patos i uczynienia z Blake’a kogoś w rodzaju świeckiego świętego.

W dobie Brexitu i niepokojów społecznych wstrząsających Wielką Brytanią wizję Loacha można by oskarżyć o naiwność. Nie wolno jednak zapominać o tym, że twórca "Klubu Jimmy’ego" od dawna traktuje kino jako przestrzeń delikatnej utopii i kształtowania godnych naśladowania wzorców zachowań. Charakterystyczna dla niemal 80-letniego Loacha konsekwencja bardzo zbliża go zresztą do tytułowego Daniela Blake’a (znakomita rola naturszczyka Dave’a Johnsa). Niemłody już cieśla czyni ze swego nieprzystosowania do rzeczywistości atut pozwalający mu podejmować pewne działania, nawet jeśli teoretycznie nie mają one szans powodzenia.

"Ja, Daniel Blake", choć w jakimś sensie staroświecki, okazuje się także zaskakująco aktualny. Film zagrzewający obywateli do walki o swoje prawa i obrony osobistych wolności idealnie koresponduje przecież z protestami organizowanymi w tym celu w całej Europie. Loach, niezależnie od konsekwentnie deklarowanych sympatii lewicowych, nie daje się jednak złapać w pułapkę ideologii. Upominanie się przez niego o respektowanie godności wykluczonych stanowi postulat jednocześnie socjalistyczny i na wskroś chrześcijański.

Uniwersalność przekazu "Daniela Blake’a" przynosi nadzieję, ale stanowi też ważne zobowiązanie. Walka tytułowego bohatera nabiera sensu dopiero wtedy, gdy zaczyna być toczona w imieniu drugiego, jeszcze słabszego człowieka. Jeśli zatem Loach nawołuje do jakiegoś buntu, chodzi mu o rebelię dokonaną w imię empatii, współczucia i wzajemności. Siła szlachetnie prostego "Blake’a" polega na tym, że pozornie nieefektownym pojęciom udało się nadać na ekranie olbrzymią atrakcyjność.

"Ja, Daniel Blake"; Francja, Wielka Brytania 2016; reżyseria: Ken Loach; dystrybucja: M2 Films; czas: 1 godzina 40 minut; w kinach od 21.10