"Sprawiedliwość ludzka skazała mnie na śmierć" – mówi Meursault, bohater "Obcego" Alberta Camusa. W nowym, intrygującym projekcie filmowym Anki i Wilhelma Sasnalów sprawiedliwość ludzka jest następstwem zmiennej umowy cywilizacyjnej. Obcy dzisiaj stają się synonimem (oraz kompleksem) wczorajszego braterstwa.

Z "Obcego" oraz z całej filozofii Camusa Sasnalowie poza fabularnym rusztowaniem wykorzystali przekonanie o emocjonalnym statusie człowieka jako figury wygnańca. Grany przez Rafała Maćkowiaka Mularz jest postacią camusowską tout court. Świat dookolny rymuje się dlań z obcością, bezwyjściowością każdej sytuacji, ale równocześnie ten przypadkowy przybysz znikąd donikąd nie potrafi funkcjonować w jakichkolwiek ramach. Absurd według Camusa oznaczał bezradność konstatacji o istnieniu świata równoległego, pozarealnego. Filmowy Rafał Mularz, alter ego Meursaulta, nie potrafi przyjąć takiego świata do świadomości, mógłby powtórzyć za swoim literackim prototypem, że "życie nie jest wcale warte trudu przeżywania".

"Słońce, to słońce mnie oślepiło", podobnie jak poprzednie filmy reżyserskiej pary, to kino wysokiego ryzyka, nie tylko artystycznego. Sasnalowie zestawiają rzeczywistość filmową i polityczną, ideową. Autentycznie niezależni, nieoczekujący dotacji państwowych, recenzji ekspertów, subwencji i ograniczeń, realizują kino na własnych warunkach. "Słońce..." to film wolny, bezkompromisowy, odważnie wprowadzający do polskiej debaty filmowej temat uchodźców, zagrożenia ksenofobią i ruchami ekstremistycznymi. Być może chwilami wydaje się, że owa jawnie publicystyczna teza jest ważniejsza od samej struktury opowiadania, a nazbyt oczywiste przesłanie osłabia finezję kadrów (zdjęcia Wilhelma Sasnala), ale z drugiej strony właśnie Sasnalowie są dzisiaj być może najodważniejszym tandemem filmowych artystów zaangażowanych ideologicznie i potrafiących owo zaangażowanie przekuć w intrygującą filmową konstrukcję.

Dzięki przemyślanej koncepcji operatorsko-montażowej, kreacjom Rafała Maćkowiaka i Małgorzaty Zawadzkiej najnowszy film Anki i Wilhelma Sasnalów jest jednym z najciekawszych arthouse’owych przedsięwzięć w polskim kinie ostatnich lat. Po "Z daleka widok jest piękny" i "Hubie" Anna i Wilhelm po raz trzeci proponują kino zmagające się ze społecznymi demonami współczesności, tej rodzimej, ale i uniwersalnej. Nie dziwią zatem ciepłe przyjęcie ich filmu na ostatnim festiwalu w Locarno oraz liczne zaproszenia na dalsze prestiżowe imprezy. Współczesny Meursault był im potrzebny, żeby wskazać na rodowód zła oswojonego, zła sytuującego się blisko obojętności albo zniechęcenia. W Polsce, w Europie, na świecie.

Infekowani złością, agresją, ksenofobią akceptowaną czy nawet promowaną przez polityków siłą rzeczy nasiąkamy chorym spamem. Hejt w internecie, anonimowe plucie jadem, a może napaść w autobusie na człowieka mówiącego w języku niemieckim? O rany, nic wielkiego się nie stało. Jeszcze nie, ale za moment może to zamienić się w coś realnie groźnego. "Słońce, to słońce mnie oślepiło" ma również inne, może nawet bardziej niepokojące drugie dno. Popkultura tęskni za buntownikami. Są fotogeniczni, stanowią smaczny tabloidowy żer. Hejt przyjmuje się z pobłażaniem, a akty ksenofobicznej przemocy z wyrozumiałością. Camusowski Meursault mówiący, że "zgadza się umrzeć dla prawdy", i Mularz twierdzący, że "słońce go oślepiło", wzbudzają ostracyzm i zachwyt, pobłażanie i strach. Rafinada przesłania nowego filmu Sasnalów polega również na tym, że sam Mularz jest postacią niejednoznaczną. Przybysz, Obcy wytrącił go z równowagi, zmusił do konieczności podejmowania decyzji, do samookreślenia. Obojętność zamienił w zło. To słońce nas oślepia.