Pięknie, cudownie i romantycznie zaczyna się ten obraz. Na malowniczej wołyńskiej wsi organizowane jest wesele. Młoda Polka wychodzi za Ukraińca. Kobiety śpiewają tradycyjne pieśni o opuszczaniu domu i znajdywaniu miłości, domy są przystrojone, a stroje odświętne. Uroczystość oddziałuje nie tylko na państwa młodych. Widać wyraźnie, że młode ciała płoną, gotowe są na gorącą, zapewne sierpniową noc, pełną tańców przy ognisku, ukradkowych zbliżeń gdzieś nad rzeką i spojrzeń, które znaczą więcej niż słowa.

Ogień rozpala nie tylko serce, ale i umysły. Te u wielu mężczyzn zajęte są nie amorami, a przypominaniem, rozpamiętywaniem, wypominaniem i upominaniem. Polacy rządzą tu od stuleci. Cerkwie zamieniają na kościoły, jest ich liczebnie mniej a mimo to rządzą i dzielą. Mają swoje mundury, flagi, godła, zajmują stanowiska, raczej trzymają się swoich. Ukraińcy służą, mało zarabiają, a przecież jest ich więcej. Ktoś przynosi nadzieję na niepodległość, każe pić za Hitlera, który na pewno ją przyniesie. Z drobnych epizodów rodzą się wielkie sprawy, a małe słowa wracają kamieniami, uderzeniami w plecy w ciemnym lesie. 

Kiedy rytualnie, na progu domostwa obcinany jest toporem warkocz panny młodej, wiemy że to koniec nie tylko dziewczęcej niewinności. Od tego momentu nie ma powrotu do w miarę spokojnego współżycia. Rozlew krwi jest przesądzony, a oczy płoną już nie od miłości, lecz do chęci zabijania, która podsycona jest skutecznie wódką kupioną w żydowskim przybytku po lichwiarskiej cenie, a topór nie raz w męskiej ręce zostanie użyty do zabijania ludzi jak zwierzęta. Do zwykłej rzezi.

Potem następuje nieuchronne. Wybucha wojna, a przez Wołyń przetaczają się kolejne armie. Polska flaga, polskie godło i symbole mają symboliczny pogrzeb, są pogrzebane tak samo, jak polscy żołnierze i kolejne osoby ginące w bardziej lub mniej zaplanowany sposób.

Mistrz Smarzowski genialnie pokazuje wielowątkowość przyczyn ludobójstwa. Pokazuje, że gdy pojawiają się niesprawiedliwości i wyzysk, najprostszym mechanizmem jest znalezienie sobie wroga. Dziecko, które przez lata miało unikać zabawy z Żydami, po zgładzeniu tych, ma przestać bawić się z najlepszym przyjacielem, bo ten jest Lachem. 

Mistrz Smarzowski pokazuje jak gwałtowne, nieodwracalne i szokująco natychmiastowe jest działanie wojny oraz morderstw na tle narodowościowym. Postaci drugoplanowe i trzecioplanowe, które wsi wołyńskiej, a w konsekwencji i filmowi "Wołyń" nadają kolorytu, ożywiają, wzbogacają wielokulturowością, znikają ot, tak – po prostu, w ułamku sekundy: zastrzelone, powieszone, utopione spalone, zadźgane nożem, sierpem, widłami, uderzone kamieniem, pieńkiem, rozerwane koniem. Ludzie giną w masowych egzekucjach, złapani gdzieś na drodze, podczas pokazowego użycia szubienicy, w bólu i cierpieniach leżąc dniami i godzinami na polach po rzeziach, bitwach i potyczkach.  Obserwowanie tego boli, wypala oczy i wnętrzności, ale bez tego obraz byłby niepełny, przeinaczony i nieprawdziwy.

Mistrz Smarzowski genialnie prowadzi aktorów. Wyciska z nich ostatnie soki, sprawiając że niemal wszyscy wznoszą się na wyżyny swych umiejętności, grając każdorazowo jedną z najlepszych ról w swym życiu. Jednocześnie nie ma tu przekroczenia cienkiej czerwonej linii – nikt tu swym talentem nawet na chwilę nie wychodzi przed historię, która w filmie jest najważniejsza. 

Arkadiusz Jakubik oderwany jest od wszelakich ról z przeszłości. Grany przez niego Maciej Skiba jest w filmie łącznikiem pomiędzy wątkami obyczajowymi, a historycznymi. Pojawia się wtedy, kiedy fabuła musi pokazać nam jak bolesne wydarzenia przekładają się na codzienność, znika wtedy, gdy trzeba zarysować szersze tło.

Michalina Łabacz nawet na chwilę nie gra fałszywej nuty. Mimo oczywistych pokus młodej aktorki na dorobku nie wychodzi poza to, co w danym momencie ma pokazać, słusznie zbierając nagrodę za najlepszy debiut aktorski na festiwalu w Gdyni. 

Do niespotykanej nie tylko w polskim kinie perfekcji dopracowane są detale scenograficzne i kostiumy. Niemal czujemy zapach lata i jesieni na Wołyniu, wiemy co się i jak je, co śpiewa, co i jak mówi.

Mistrz Smarzowski ukazuje nam wreszcie upadek człowieczeństwa, pokazuje, jak blisko każdy z nas jest do przekroczenia barier. Gdy obserwujemy celowo i potrzebnie długie ostatnie sceny ucieczki (ale dokąd?) pragniemy, by nastąpiło oczyszczenie. By zatriumfował człowiek i jego najpiękniejsze odruchy serca. Nic takiego nie następuje, z bólem pozostawieni jesteśmy sami sobie, a nadzieja na to, że teraz to już nadejdzie spokój i pokój jest płonna. Bardziej w uszach brzmi to, że jeśli nie wymordujemy tych, którzy są od nas inni, za trzy pokolenia krew zwróci się znów przeciwko krwi, by w bezsensownej rzezi, atawistycznej walce o przetrwanie, w bezmyślnym pędzie do oczyszczenia z wrogów mojego, naszego, ojczyźnianego terytorium zabili wszystkich, którzy temu zagrażają. 

Z jednej strony można powiedzieć, że to jeden z wielu obrazów w kinematografii europejskiej ostatnich lat, pokazujący jak bardzo skomplikowane jest życie na terenach, w których każdy dom zawiera swoją i – jakby pogrzebać w drzewie genealogicznym – sobie tylko przynależną mieszankę krwi. O ile jednak dla przykładu "Cudowny dzień" (2015, reżyseria: Fernand Leon de Aranoa z Benicio Del Toro) stara się natychmiast tłumić bezsensowne okrucieństwo dużą dawką czarnego poczucia humoru (podobnie jest w wielu innych obrazach pokazujących wojnę w Jugosławii z "Ziemią Niczyją" na czele), o tyle Smarzowski nie pozostawia nawet chwili na to, by jego film odebrać inaczej niż jako krwawy, okrutny historyczny dramat. 

Kiedy przed laty próbowałem zrozumieć istotę i genezę krwawej wojny w byłej Jugosławii, tego dlaczego sąsiad sąsiadom rzeź i ludobójstwo urządzał, próbowałem podejmować rozmowę z mieszkańcami terenów. Każdy wskazywał na zaszłości historyczne, każdy mówił o niewyrównanych krzywdach sprzed lat, powoływał się na prawdziwe wydarzenia, które miały pokazać, jak bardzo usprawiedliwione było zabicie sąsiada. Jednocześnie nikt nie mówił, że traktaty pokojowe i nowy podział granic cokolwiek gwarantuje, że wojna jest wpisana w DNA i że jedynym sposobem jest odwołanie się do rozsądku, do rozumu, wyzbycie się kompleksów, wyzbycie się głupoty podsycanej polityką, pojedynczymi – tragicznymi nawet – wypadkami i przypadkami, głupoty podsycanej alkoholem i piłką nożną, głupoty podsycanej nawoływaniem z ambony podczas obrzędów tego czy innego wyznania. Jeśli chcemy mieć wroga, powód do tego, by kogoś nienawidzić, się znajdzie. 

Najgorszym, co może spotkać "Wołyń" to wezwanie do wyrównania krzywd, wystawiania rachunków.

A nie taka jest rola wielkiego filmu historycznego, jaki nakręcił mistrz Smarzowski.