Choć "Fuocoammare" porusza – szeroko dyskutowany w mediach – problem kryzysu migracyjnego, Rosiego nie sposób oskarżyć o pogoń za sensacją. Do podjęcia tematyki uchodźczej predestynowała reżysera już jego własna biografia. Urodzony we włoskiej rodzinie w Erytrei Gianfranco jako 13-letni chłopiec musiał uciekać z ogarniętego wojną kraju.

Wzbogacony o tego rodzaju doświadczenia reżyser wydaje się świadomy delikatności spraw, o których opowiada. Być może największy atut dokumentu Rosiego stanowi właśnie jego – niemożliwy do odnalezienia w telewizyjnych newsach – dyskretny i wyważony ton. Nie oznacza to oczywiście, że dokumentalista w ogóle nie pozwala sobie na emocjonalność.

Główną ideą Rosiego okazało się zderzenie chaosu towarzyszącego egzystencji uchodźców z monotonnym życiem mieszkańców Lampedusy. We "Fuocoammare" znalazło się miejsce na hołd dla tych, którzy – jak słynny doktor Pietro Bartolo – poświęcają mnóstwo energii na pomoc przybyszom. W filmie Rosiego dominują jednak obrazki z życia ludzi sprawiających wrażenie, jakby w ogóle nie zauważyli pojawienia się obcych. Bierność bohaterów może irytować, ale tylko do momentu, gdy zdamy sobie sprawę, jak bardzo ich pod tym względem przypominamy. Tak oto "Fuocoammare" niepostrzeżenie wykracza poza Lampedusę i w pozornie lokalnej historii eksponuje prowokującą do refleksji uniwersalność. 

"Foucoammare. Ogień na morzu"; Francja, Włochy 2016; reżyseria: Gianfranco Rosi; dystrybucja: Aurora Films; czas: 1 godzina 48 minut; w kinach od 2.09