Bijąca z ekranu pasja pozwala uwierzyć, że realizacja filmu o Milesie stanowi dla reżysera spełnienie życiowego marzenia. Debiutujący po drugiej stronie kamery aktor przygotował się do swojego zadania w najdrobniejszych szczegółach. Przed rozpoczęciem zdjęć uzyskał aprobatę rodziny Davisa, a do zaopiekowania się muzyczną warstwą filmu namówił samego Herbiego Hancocka. Cała ta realizacyjna pieczołowitość nie oznacza bynajmniej, że Cheadle postanowił stworzyć laurkę ku czci mistrza. "Miles Davis i ja" to raczej ekscentryczny kolaż mający za zadanie oddać złożoną osobowość bohatera.

Cheadle pokazuje środkowy palec autorom sztampowych hollywoodzkich biografii także dlatego, że – w przeciwieństwie do nich – nie próbuje niewolniczo trzymać się faktów. Problemu dla reżysera nie stanowi nawet świadomość, że będący osią fabuły wątek poszukiwań ukradzionej bohaterowi taśmy z nagraniami jest niemal zupełnie wyssany z palca. W "Milesie...." liczy się sama przyjemność przebywania w towarzystwie genialnego jazzmana i dryfowania wraz z nim pomiędzy ekstazą a autodestrukcją. Niezaprzeczalnego uroku tej podróży dodaje także – unosząca się nad filmem – lekko odurzająca aura lat 70., która ostatni raz równie sugestywnie zaznaczyła swą obecność chyba w "Wadzie ukrytej" Andersona.

"Miles..." to jednak znacznie więcej niż tylko inscenizacyjna błyskotka. Cheadle sprawia wrażenie, jakby swoim filmem chciał naprawić szkody wyrządzone przez słynny "Whiplash". Podczas gdy debiut Damiena Chazelle’a odromantyzował jazz i wpisał go w kontekst uporu, znoju i ciężkiej pracy, "Miles..." robi wszystko, by przywrócić gatunkowi utracony seksapil. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Cheadle wygrał ten pojedynek przez nokaut. 

"Miles Davis i ja" ; USA 2015; reżyseria: Don Cheadle; dystrybucja: UIP; czas: 1 godzina 40 minut; w kinach od 2.09