Jeszcze parę lat temu każdy kolejny film Pedra Almodóvara przyjmowany był z entuzjazmem, oczekiwany jako wydarzenie sezonu. Nic dziwnego, hiszpański reżyser nie tylko stworzył własny styl, kopiowany później wielokrotnie, ale stał się synonimem autora godzącego wyrafinowanie i komunikatywność. I nagle, dosyć nieoczekiwanie coś pękło, coś się przeterminowało. Po nakręceniu przejmującego, autobiograficznego "Złego wychowania" Almodóvar jak gdyby stracił wyczucie. Jako tako broniły się jeszcze "Volver" i "Przerwane objęcia", ale już na pewno nie dwa najbardziej poronione tytuły w jego filmografii: "Skóra, w której żyję", a zwłaszcza "Przelotni kochankowie". Entuzjaści kina zaczęli się wykruszać, krytyka z wolna traciła cierpliwość. Pokazywana bez żadnych fanfar na ostatnim festiwalu w Cannes "Julieta" tematycznie i formalnie była dosyć rozpaczliwą próbą powrotu dawnego mistrza do formy. Wróciły tematy, kolory, emocje stanowiące o sile jego najlepszych filmów. Ale świeżości nie można wypracować. Almodóvar wydaje się dzisiaj bezbronny wobec nowej sytuacji, w jakiej się znalazł. Przestał nadawać ton, stał się kopistą samego siebie. Bezbronność mistrza wydaje mi się ludzka: jest dramatyczna i przejmująca. Co począć, kiedy ulotnił się talent?

Dlatego oglądałem "Julietę" bez uprzedzeń. Z dawną miłością do kina Almodóvara. Twórca "Kiki" nauczył mnie, że kamp nie musi być tylko beztroski, a pstrokate kolory to również spleen, wreszcie że dusza w kinie to niekoniecznie udawanie metafizyki, to może być doznanie zmysłowe, bliskie erotycznym wibracjom. Seks, przekleństwa, dewocja i świętokradztwo to także religia, tyle że nieprawomyślna, poza standardem.

W "Juliecie", adaptacji trzech opowiadań Alice Munro, miało być jak w najlepszych Almodóvarowskich latach. Dwie równoległe historie, układające się w skomplikowany, a przecież zaskakująco prosty krąg znaczeniowy, historie o miłości i zaborczości, tęsknocie i macierzyństwie. Kolorystycznie znowu beże, niebieskości i czerwień, wspaniała muzyka Alberta Iglesiasa, charakterystyczne bliskie plany w zdjęciach Jeana-Claude’a Larrieu i nawet wzruszający powrót aktorskiego fetyszu dawnego Almodóvara – Rossy de Palmy w mniejszej, arcyzabawnej roli Marian. I co? Jednak bardzo niewiele. Kaligrafia to nie to samo, co list pisany emocjami. Nadal ogląda się Almodóvara bardzo dobrze. Jest mistrzem w prowadzeniu narracji, liderem w filmowym szalbierstwie. Twórca "Porozmawiaj z nią" posiadł patent na filmowe kłamstwo będące emocjonalną prawdą. "Pokaż, kotku, co masz w środku": na zewnątrz miauczenie, rozróba, zwroty akcji, a w środku skulone, przerażone jestestwo. I to się nie zmienia. Świetnie opowiedziana "Julieta", rodzaj uwznioślonej przypowieści o przegranej macierzyństwa, o tęsknocie za dzieckiem, egoizmie i samotności, nosi znamiona wielkiego kina, może niektórzy dadzą się nawet nabrać, dla mnie jest jednak falsyfikatem. Tym smutniejszym, że mistrzowskim.

Co się zatem zmieniło? I kino, i sam Almodóvar. Nie jest już buntownikiem ruchu La movida madrilena, nie wykpiłby matki, żeby pokazać, jak bardzo ją kocha. 66-letni dzisiaj Almodóvar chce być przede wszystkim mędrcem. Pokazuje, że wie wszystko, a od ryzyka woli bezpieczeństwo. Postaci z jego kina już nas nie śmieszą, bo sam reżyser najwyraźniej stracił dystans i dobry humor. Pozostało rzemiosło. Tyle co nic.

"Julieta"; Hiszpania 2016; reżyseria: Pedro Almodóvar; dystrybucja: Gutek Film; czas: 1 godzina 39 minut; w kinach od 2.09