Kiedy wybierałem się na pokaz "Baby Bump" na ostatnim festiwalu w Gdyni, nie do końca wiedziałem, czego się spodziewać. Owszem, znałem świetne krótkie fabuły Kuby Czekaja, kibicuję temu młodemu reżyserowi od dawna, ale jak wiadomo, to nie zawsze przekłada się na sukces w pełnym metrażu. W przypadku Czekaja jego debiut porównałbym do torpedy. To są najwspanialsze momenty w życiu krytyka. "Narodziny talentu" – pomyślałem wtedy, w Gdyni. "Baby Bump" pokazywany w sekcji "Inne spojrzenie" jest tytułem tak niekonwencjonalnym i zadziwiającym, że oglądany na festiwalu polskiego kina, na którym poza nielicznymi wyjątkami dominują tytuły realizowane według stałej matrycy opowiadania, zadziałał, że tak powiem, z podwójnym zapłonem. Pamiętam doskonale tamten wieczór. Wciąż rozemocjonowany tym, co widziałem, wracałem późną nocą do hotelu. Na wysokości Centrum Filmowego natknąłem się przypadkowo na ekipę "Baby Bump": Kubę Czekaja i jego fenomenalnych aktorów, Agnieszkę Podsiadlik i Sebastiana Łacha. Stali z papierosami, bezpretensjonalni, lekko zawstydzeni. Powiedziałem im wtedy, że my, cyniczni recenzenci, tak naprawdę zawsze czekamy na tytuły, przy oglądaniu których pękają nam serduszka ze szczęścia. Czekamy na wielkie "bump". Bumb, baby, bump.

"Baby Bump" to kino o inicjacji i dojrzewaniu z ducha Todda Solondza i Harmony Korine'a. Nie ma w "Baby Bump" tego, co wypada albo nie. Co pasuje do obyczajowej normy, co zaś jest tej normy przekroczeniem. W "Baby Bump" udało się hardcore'owo wejść do głowy dzieciaka, w którym zaczynają buzować hormony. Mickey House (Kacper Olszewski) staje się porte-parole wszystkich małych, brzydkich, pryszczatych myszek mieszkających w perwersyjnych domkach. Ten czas nie jest łagodną kuracją odchudzającą, to bulgotanie tęczówek. Jeszcze dziecko, a już facet. Jeszcze kocha mamę miłością małego ludzika, a już podskórnie tęskni za innym rodzajem czułości. Fantazjowanie miesza się z realem, a muzyka dyskotekowa z religijnymi zaśpiewami i echem księżych pouczeń, że rączki trzeba trzymać jednak na kołderce, chociaż chciałyby powędrować zupełnie gdzie indziej.

Urzeka forma Czekajowego "bulgotu". Młody reżyser ucieka nie tylko od matrycy opowiadania o dojrzewaniu w sensie narracyjnym, ale również formalnym. Dostraja historię z fonią i z obrazem. Kakofonia ciała sprzęga się z muzyką niezdarnych gestów: bo "Baby Bump" jest filmem o okresie, w którym ciało wymyka się nam spod kontroli. Rozlewa się jak ciasto, pęcznieje, rozgrzewa lub stygnie. Meszek pod nosem, piersi, trądzik młodzieńczy, penis. Wszystko, co mniej więcej wydawało się uporządkowane i skatalogowane, nagle zaczyna dziwić i przerażać. W obrazie Czekaja udało się pokazać seksualizację świata dojrzewających chłopczyków i dziewczynek – o wiele radykalniejszą niż kiedykolwiek wcześniej za sprawą niemal nieograniczonej dostępności pornografii. Rodzice, sąsiedzi, spikerka i wuefista stają się obiektami seksualnymi. Za chwilę będą nimi także koleżanki i koledzy. Koniec świata grzecznych chłopców i dziewczynek to kwestia symbolicznego kwadransa. Mickey House rządzi.

Baby Bump | Polska 2015 | reżyseria: Kuba Czekaj | dystrybucja: Balopolis | czas: 91 min | w kinach od 3 czerwca