Zwyczajnie nie ma się do czego przyczepić. Film Shane'a Blacka ("Zabójcza broń", "Ostatni skaut", 'Kiss Kiss Bang Bang") jest idealnie skrojoną komedią sensacyjną, która ma szansę stać się hitem tegorocznego lata. Wzorcowym przykładem tego, jak powinno się robić dobre kino rozrywkowe. Dziełem "uszytym" pod dwóch znakomitych aktorów, którzy idealnie się w nowych rolach sprawdzają i uzupełniają.

Ryan Gosling (ten przystojny) dostaje zadanie odnalezienia martwej dziewczyny i drugiej, która zginąć może już wkrótce. Russell Crowe (ten napakowany) ma z nim zrobić porządek. I tak od bitki do złamanej ręki, od jednego trupa do głośnej imprezy rodzi się na ekranie doskonały duet kumpelsko-detektywistyczny. Marny prywatny śledczy z problemem alkoholowym i najemny zabijaka (zadając sobie pytanie: gdzie jesteś Amelio?) odkrywają kolejne powiązania między światem polityki i rozkwitającej pornografii. Dzieje się dużo, a humor choć czasem niezbyt grzeczny, zawsze trzyma poziom.

Tych dobrych rzeczy jest znacznie więcej. Błyskotliwe dialogi, zaskakujące zwroty akcji, a wreszcie logiczny i przewrotny scenariusz, w którym wątki komediowe splatają się z tymi znacznie poważniejszymi, bo zabawni bohaterowie mają tu całkiem poważne, ludzkie problemy. Do tego świetne kostiumy jak żywcem z lat 70-tych wyjęte i przebojowa ścieżka dźwiękowa. Błyszczy wygadana nastolatka, Australijka Angourie Rice ("These Final Hours") – gdy tylko pojawia się na ekranie, kradnie każdą ze scen. Jedynym zaś słabym punktem w "Nice Guys" wydaje się Kim Bassinger z jej wolną od zmarszczek i emocji twarzą. Wciąż jednak niezmiennie piękną.

Wycieczka w czasie do różowych lat 70-tych z równymi gośćmi stała się hitem tegorocznego festiwalu w Cannes i nic w tym dziwnego. Oby szybko wrócili, bo że ciąg dalszy nastąpi, wydaje się niemal pewne.

Nice Guys. Równi goście | USA, Wielka Brytania 2016 | reżyseria: Shane Black | dystrybucja: Monolith Films | czas: 116 min