Sam przeciwko wszystkim, obywatel stawia się establishmentowi, jedyny sprawiedliwy zbiera się na odwagę, żeby kopnąć giganta w kostkę. Któż nie lubi podobnych historii, dających poczucie, że obojętnie przed jak potężnym przeciwnikiem by się stało, można zwyciężyć, o ile wierzy się w słuszność swojej sprawy. I być może to właśnie owa tak dobrze znana kalkomania fabularna nie pozwala w opowiedzianą przez Petera Landesmana, opartą na faktach, historię wciągnąć się na najprostszym poziomie emocjonalnym. Owszem, kibicuje się doktorowi Bennetowi Omalu, ale to odruch niemal czysto mechaniczny, bo ufający idei amerykańskiego snu lekarz jest niemal świeckim świętym, który nadeptuje lwu na ogon.

Doktor Omalu (w filmie również nie pozwala rozmówcom swojego tytułu pomijać, lecz to nie pycha, ale nienaznaczona arogancją duma), wykwalifikowany patolog z niezliczonymi dyplomami i latami praktyki na koncie, odkrywa powiązanie między obrażeniami odniesionymi przez niektórych zawodowych graczy w futbol a ich przedwczesną śmiercią i/lub złym stanem psychicznym. Opisana przez niego choroba – chroniczna encefalopatia pourazowa – okazała się trudna do zdiagnozowania i przez dekady pozostawała niewykryta. Jednak władze NFL, tamtejszej ligi futbolowej, nie chcą Omalu słuchać, obawiając się, że jego badania zmienią obraz – jak mówi się na ekranie – najbardziej amerykańskiego ze sportów. I choć, siłą rzeczy, Landesman nie może wytknąć NFL palcem, jawnie sugeruje, że trudności oraz kłopoty, z jakimi boryka się Omalu, są prokurowane przez tych, którzy zapomnieli sensu fair play. Ale gdy wkracza na teren thrillera, miota się, ograniczony właśnie tym niedookreśleniem. Nie brak mu odwagi, śmiało rzuca nazwiskami, lecz nie posuwa się, wzorem swojego bohatera, do postawienia konkretnej diagnozy. Toteż dramatyzm filmu cierpi nie tylko z powodu pewnej monotonnej schematyczności scenariusza, lecz także braku reżyserskiego zdecydowania. Mdła jest narracja i mdłe są postacie, szczególnie Omalu, człowiek bez rysy, dla którego sympatię nie tyle się pozyskuje, ile wymusza szantażem.

Za to znakomicie sobie poradził z odstającą od jego dotychczasowego emploi rolą Will Smith, nareszcie niegrający Willa Smitha, ale wycofany, mówiący z afrykańskim akcentem, błąkający się po ekranie z zafrasowaną miną. Lecz, choć problem to ważny, wbrew pozorom zdolny zainteresować nie tylko amerykańskiego fana futbolu, ten miszmasz publicystyki i nieśmiałego dreszczowca nie porusza właściwych strun przez swoją zachowawczość. Szkoda też niewykorzystanej znakomitej obsady (chyba jedynie David Morse ma do zagrania bardziej wyrazistą, acz krótką partię). Zupełnie jakby Landesman uważał, że sam temat pociągnie film. Nie tym razem.

Wstrząs | USA 2015 | reżyseria: Peter Landesman | dystrybucja: UIP | czas: 123 min | w kinach od 11 marca