Film Siergieja Eisensteina "!Que viva México!" obejrzałem po raz pierwszy w kinie, na dużym ekranie. W telewizji takich filmów się nie pokazywało (i nie pokazuje nadal), internetu jeszcze nie było, a na kasetach VHS nikt nie wydawał Eisensteina, dominowali "Rambo", "Rocky" i Van Damme – zupełnie inny repertuar. "!Que viva México!" (Niech żyje Meksyk!), ów tragiczny, bo niedokończony utwór geniusza kina, zrobił wtedy na mnie kolosalne wrażenie. Eisenstein pojechał do Meksyku, żeby stworzyć wizualne arcydzieło. I to w dużym stopniu się powiodło. Zdjęcia stałego operatora Eisensteina, Edouarda Tissego, były zarówno zmysłowe, jak i brutalne. Na zawsze zostały we mnie z tamtego seansu sceny meksykańskiej korridy, religijnego misterium z okazji święta Matki Bożej z Gwadelupy, wreszcie wstrząsająca sekwencja, w której młodzi plantatorzy zostają zakopani w ziemi po szyję i stratowani przez konie.

To w gruncie rzeczy tragiczna opowieść. Ponad sto lat temu, pod koniec lat 20. ubiegłego wieku, autor "Pancernika Potiomkina" i "Strajku" wyruszył do Hollywood, gdzie miał zrealizować duży film dla studia Paramount. Jednak, jak to bywa w Ameryce, rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana. Kiedy kolejne projekty Eisensteina upadały, reżyserem zainteresował się słynący z prokomunistycznych sympatii i bardzo popularny również w Rosji radzieckiej pisarz Upton Sinclair. Dzięki niemu Eisenstein rozpoczął zdjęcia do kilkuwątkowej sagi o Meksyku. To jednak historia bez happy endu. W trakcie zdjęć finansowanie "!Que viva México!" zostało wstrzymane, a niedokończony film trafił do USA. Dla reżysera była to życiowa porażka. Dopiero 30 lat po śmierci Eisensteina materiał opracował i zmontował na nowo Grigorij Aleksandrow – twórca komedii "Świat się śmieje".

Historia sama w sobie na film, ale dla Petera Greenawaya, twórcy, które dobre artystycznie lata ma od dawna za sobą, liczą się tylko dobrze sformatowane pseudointelektualne żarciki. W "Eisensteinie w Meksyku" reżysera nie interesowało ani fenomenalne, poronione dzieło, ani sam artysta. Brytyjski piewca śmierci kina znowu wraca do bezpiecznych rejestrów, którymi zadziwił filmowy świat 35 lat temu w "Kontrakcie rysownika" czy w "Zet i dwa zera". "Eisenstein w Meksyku" to powtórka z Greenawayowskich powtórek. Matematyka zderzona z ciężką fizycznością, kino jako rebus, w którego rozwikłaniu pomagają filozofia, cielesność i wizualna strona filmowego spektaklu. Tyle że dawną świeżość spojrzenia zastąpiły pycha i egocentryzm, za którymi nic już nie stoi.

Twórca "Ksiąg Prospera" dowodzi, że przyczyną klęski Eisensteina w Meksyku była homoseksualna inicjacja reżysera z jego przewodnikiem i opiekunem, seksownym Palomino Canedo (Luis Alberti). Teza jak teza, nic specjalnie odkrywczego. Homoseksualizm twórcy "Października" od dawna nie jest tabu, wiadomo też, że jego udane małżeństwo z Pierą Ataszewą było oparte na przyjaźni i porozumieniu duchowym, nie na seksie. Greenawaya nie interesują jednak żadne subtelności, kompletnie nie radzi sobie także z formą. Meksykańskie pejzaże w obiektywie Reiniera van Brummelena czasami wyglądają jak plan latynoskiej telenoweli (plenery), czasami jak pusty konceptualizm geometryczny (wnętrza). Elmer Bäck zagrał Eisensteina idiotę, kogoś w rodzaju Amadeusza – tego z filmu Formana – w wersji dla ubogich. Rozkrzyczane duże dziecko z dużym brzuchem oraz chętnie eksponowanym podbrzuszem – i jeszcze większym ego. Ani śladu charyzmy, głębi, czegokolwiek, co mogłoby sprawić, że chociaż na moment moglibyśmy uwierzyć, iż ten irytujący stary, sprośny i rozkapryszony dzieciak stworzył liczne arcydzieła i wypracował język kina, którym de facto posługujemy się do dzisiaj. Twórca "Potiomkina" nie może zaprotestować ani się obronić, ale jego filmy – w przeciwieństwie do "Eisensteina w Meksyku" – zostaną.

Eisenstein w Meksyku | Holandia, Meksyk, Francja 2015 | reżyseria: Peter Greenaway | dystrybucja: Bomba Film | czas: 105 min