Sama filmowa historia u Maïwenn wydaje się banalna, tak jak często banalne jest prawdziwe, niefilmowe życie. On (Vincent Cassel) jest mężczyzną, przy którym nie sposób się nudzić. Ma w sobie to, co pociąga każdą kobietę. Pewność siebie, poczucie humoru, głowę pełną pomysłów. Ona (Emmanuelle Bercot) to rozwiedziona prawniczka, która pod wpływem impulsu zaczepia starego znajomego. Niewinne spotkanie tych dwojga przemieni się w długi związek. Związek, który jest jak narkotyk – uzależnia, doprowadza do euforii, ale też wyniszcza organizm od środka.

Melodramat Maïwenn wciąga. Francuskiej reżyserce zależało na tym, aby motywacje głównej bohaterki były dla widza jasne. W pierwszej części filmu pozwala zrozumieć, dlaczego ta inteligentna i świadoma siebie kobieta zakochała się do szaleństwa w Georgio i była w stanie wybaczać mu rzeczy, których wybaczać się nie powinno. W drugiej części razem z nią widz traci cierpliwość do ukochanego i razem z nią dopada go poczucie beznadziei. Tych dwoje ludzi daje sobie wzajemnie dużo szczęścia, ale chyba sprawiają sobie jeszcze więcej bólu. Ten ból, jak i chwile euforii, czuć z ekranu.

Reżyserka umiejętnie żongluje nastrojami, sprawiając, że "Moja miłość" bywa piekielnie zabawną komedią, by po chwili balansować na skraju przejmującego dramatu. Duża w tym zasługa Emmanuelle Bercot i Vincenta Cassela, którzy potrafili naturalnie oddać trudne i zaskakująco skrajne emocje bohaterów. Nic dziwnego, że rolę Bercot doceniono główną nagrodą aktorską na ostatnim festiwalu w Cannes.

"Moja miłość" to dobrze opowiedziana historia. Pełna energii, szaleństwa, autentycznych emocji i trudnych decyzji. Konsekwentnie wyreżyserowana, wspaniale sfotografowana, z wpadającą w ucho ścieżką dźwiękową. I z Vincentem Casselem, od którego nie można oderwać wzroku.