Przed seansem "Bitwy Pięciu Armii" postanowiłem, że zawieszę swoją niewiarę w sukces tego filmu. Postanowiłem nie patrzeć na niego jak na ekranizację jednej z moich ukochanych książek i jak na film jednego z moich ulubionych reżyserów. Wybrałem bezpretensjonalne, i być może idealistyczne, podejście zakochanego w kinie wiecznego dzieciaka – Piotrusia Pana, który ucieka do filmowej Nibylandii, by świetnie się bawić i zapomnieć o troskach szarej rzeczywistości. Z radością stwierdzam, że nie zawiodłem się. Ba, wyszedłem z kina w pełni usatysfakcjonowany.

Owszem, zdarzają się w "Bitwie Pięciu Armii" dłużyzny i sceny pełniące funkcje wypełniaczy, ale kiedy wydaje się, że sytuacja jest beznadziejna, nagle pojawia się ratunek w postaci porywającej sekwencji, wspaniałej wizualnie postaci bądź błyskotliwego dowcipu. Zaryzykuję postawienie tezy, że Peter Jackson jest mistrzem tego, co Tolkien nazywał eukatastrofizmem, czyli cudu następującego w momencie, gdy totalnie się tego nie spodziewasz. Tak jak kiedyś uwierzyłem, za sprawą Petera Jacksona, w to, że Nowozelandczyk Colin McKenzie był prekursorem kina, tak teraz znów uwierzyłem w zdolność reżysera "Niebiańskich istot" do poradzenia sobie z misją pozornie niemożliwą – wydłużeniem "Hobbita". Jackson wyszedł z tego zadania obronną ręką.

Całą recenzję Michała Hernesa czytaj w portalu Stopklatka.pl>>>