Widać, że Pierce'owi Brosnanowi weszło to w krew. I tak mocno siwiejący już aktor z pistoletem w ręku i wdziękiem trzydziestokilkulatka w proch i pył roznosi wszystkich, którzy staną mu na drodze. Jak nietrudno zgadnąć, jest ich całkiem sporo, zarówno po stronie początkowych antagonistów, jak i wśród swoich.

W ogóle w filmie Rogera Donaldsona, skądinąd bardzo sprawnego gatunkowego rzemieślnika, niewielu rzeczy trzeba się domyślać, bo wszystko de facto podane jest na tacy. A dla kryminału to, nomen omen, strzał w kolano. I tak w "November Man" – jak wskazuje sam tytuł, wchodzi do kin w listopadzie – mamy do czynienia z intrygą, która na to miano specjalnie nie zasługuje, zwrotami akcji rodem z posiedzenia sejmu i wreszcie jedną z najmniej inteligentnych płatnych zabójczyń w historii gatunku. Bo jak nazwać kogoś, kto podczas lotu w bagażu podręcznym przewozi trzy pistolety? Ale skoro Christopher Nolan nie tak dawno prawił o wyższości miłości nad prawami fizyki, każdy ma prawo do gorszego dnia/filmu.

Tak naprawdę w obrazie Donaldsona dobra i zabawna scena jest ledwie jedna, i to niemal na samym początku, choć nie dałbym sobie ręki uciąć, czy zamierzona. Kiedy postać, w którą wciela się Pierce Brosnan, przegląda zdjęcia martwych agentów, zatrzymuje się przy jednym i mówi: "Craig". Ot, taki chichot losu.   

NOVEMBER MAN | USA 2014 | reżyseria: Roger Donaldson | dystrybucja: Phoenix Film | czas: 108 min