Nie wiem, czy reżyser Joon-ho Bong zdaje sobie sprawę, jak w Polsce kojarzy się podróż koleją. Być może gdyby pojeździł trochę naszymi drogimi PKP, nigdy by się nie podjął robienia filmu, w którym pociąg jest nowoczesnym odpowiednikiem arki przymierza i schronieniem przed apokaliptyczną zimą. Jego film jest adaptacją francuskiego komiksu "Le Transperceneige", ale kto jechał TGV wie, że dzielą je od polskich kolei lata świetlne.

W niedalekiej przyszłości ludzkość walcząc z globalnym ociepleniem, przez przypadek zamraża całą planetę. Nieliczna grupa ocalałych podróżuje od 17 lat pociągiem, podzielonym jak społeczeństwo kastowe: tuż za lokomotywą mieszka elita, dalej klasa średnia, a na końcu plebs, oczywiście uciskany i terroryzowany, jak zwykle bywa w takich zbiorowościach.

Tam właśnie, w tyłku świata, poznajemy bohatera będącego siłą napędową filmu – Curtisa (czyli zredukowanego o obfite mięśnie Kapitana Ameryki Chrisa Evansa), który buntuje się przeciwko podziałom i chce przejąć kontrolę nad lokomotywą, czyli źródłem wszelkiego życia na Ziemi. W tym celu rekrutuje grupę wojowników, w tym uzależnionego od dragów inżyniera i jego córkę-jasnowidzkę.

"Snowpiercer: Arka przyszłości" to zaskakująco spokojny film jak na dystopię science fiction, dziejącą się na pokładzie superszybkiego pociągu. Dlatego każdy, kto ma ochotę nim się przejechać, niech zapomni o tempie i prędkości, a rozkoszuje się podrożą i widokami.

Całą recenzję Oli Salwy czytaj w portalu Stopklatka.pl>>>