Jako golden boy, dzielny i niepokalany chłopiec, który był wzorem postawy obywatelskiej, zasługiwał na film zrealizowany w konwencji, która zasadniczo powinna trącić myszką, bo i sama postawa jest iście staroświecka. A jednak – paradoksalnie – wierność stylistyce odpowiedniej dla lat 80., balansowanie między braniem całej historii na serio i ironicznym puszczaniem oka – wszystko to zadziałało na plus. Choć "Pierwsze starcie" jest jednym z najsłabszych sukcesów kasowych serii Marvela, pośród wielu fanów panuje przekonanie, że to póki co najlepszy film cyklu.

Zarówno marvelowscy fanatycy jak i nowicjusze w temacie powinni być również zadowoleni z drogi, którą twórcy nowej części, bracia Russo, obrali tym razem. "Kapitan Ameryka. Zimowy żołnierz" idzie tropem szpiegowskich thrillerów z lat 70. – filmów, w których ściany miały uszy, nikomu nie można było ufać, a każdy, kto tylko próbował zdradzić strzeżoną tajemnicę ginął od kulki posłanej przez niewidzialnego snajpera nim zdoła otworzyć usta. Ukłonem w stronę tamtych filmów jest zresztą obsadzenie w jednej z ról Roberta Redforda, który grał pierwsze skrzypce we "Wszystkich ludziach prezydenta" czy "Trzech dniach kondora", pamiętnych filmach gatunku.

W tym wariancie na celowniku jest tytułowy bohater (Chris Evans), który próbuje rozwikłać zagadkę niejasnych planów zbrojeniowych TARCZY. Początkowo jego jedynym sprzymierzeńcem będzie Czarna Wdowa (Scarlett Johansson). Wraz z nią oraz weteranem Wilsonem (Anthony Mackie) będą starali się udaremnić plany wprawienia w ruch broni masowego rażenia.

Całą recenzję Jacka Dziduszko czytaj w portalu Stopklatka.pl>>