Opowieść o nieprzystosowanym do swoich czasów artyście przypomina bardziej stonowaną wersję ekscentrycznego "Bartona Finka". W obu filmach na drodze do sukcesu bohaterów stają postacie grane przez tego samego aktora – Johna Goodmana. O ile jednak w "Bartonie Finku" stały współpracownik braci wcielał się w przybysza z piekła rodem, o tyle w "Co jest grane, Davis?" reprezentuje już tylko namacalne okrucieństwo show-biznesu.

Opowiedziana w filmie historia niespełnionego muzyka jest – jak przystało na Coenów – zjadliwie ironiczna, ale też zaskakująco czuła. Choć reżyserzy u szczytu sławy postanowili przyjrzeć się losom aspirującego nieudacznika, w ich postawie nie ma śladu protekcjonalnej wyższości. Zamiast tego twórcy "Big Lebowskiego" sportretowali Llewyna Davisa z największą empatią, jaką jeden artysta może okazać drugiemu. Także dlatego "Co jest grane…" zasługuje na miano najlepszego filmu ostatnich miesięcy obok "Wielkiego piękna" Paola Sorrentina.

Skromne dzieło Coenów i rozbuchana wizja włoskiego mistrza pozornie nie mają ze sobą wiele wspólnego. W rzeczywistości jednak łatwo wyobrazić sobie Llewyna i Jepa Gambardellę z "Wielkiego piękna" na wspólnym, niekończącym się spacerze. Gdyby mężczyźni wdali się w rozmowę, z pewnością toczyłaby się ona w języku melancholii. Jep bez trudu zdobył pozycję w światku artystycznym, lecz utracił z oczu życiowy cel. Llewyn – odwrotnie – wydaje się przepełniony pasją, której nie potrafi zamienić w zawodowy sukces. W obu przypadkach rezultatem życiowych rozterek staje się jednakowe poczucie czekającej na wypełnienie pustki.

Coenowie dają swojemu bohaterowi wiele czasu na rozmyślania. Podważający gatunkowe schematy reżyserzy raz jeszcze zdecydowali się na zabawę elementami kina drogi. Tak jak przed laty w "Bracie, gdzie jesteś?" amerykańscy twórcy mrugnęli okiem do widza i umieścili w fabule zaskakujące aluzje do "Odysei" Homera. Niezależnie od nich wędrujący ulicami amerykańskich miast Llewyn niespecjalnie przypomina jednak mitologicznego herosa.

Przytłoczony przez monumentalną architekturę bądź bezkres wiejskich pejzaży mężczyzna ma też niewiele wspólnego z zuchwałymi kontestatorami spod znaku Beat Generation. Bohater "Co jest grane…" nie łudzi się, że w trakcie swoich podróży przeżyje przemianę bądź odnajdzie upragnione miejsce na ziemi. Zamiast mknąć w pogoni za nowością, młody muzyk uczy się oswajać poczucie monotonii. Czas Llewyna odmierzają kolejne noce przespane kątem u znajomych, koncerty w podłych barach i spotkania z neurotyczną kochanką.

Reżyserzy "Co jest grane…" polemizują nie tylko z utartymi konwencjami, lecz starają się także podważać tworzone na naszych oczach mity popkultury. Nowy film Coenów smakuje zupełnie inaczej niż przepełniony bajkową słodyczą "Sugar Man". Amerykańscy twórcy przypominają, że na jednostkowy sukces Sixto Rodrigueza przypada seria klęsk potencjalnych Llewynów. Dzięki temu zrodzona w głowach twórców fabuła sprawia znacznie bardziej autentyczne wrażenie niż klasyfikowany jako dokument film Malika Bendjelloula.

Jednocześnie jednak Coenowie raz jeszcze potwierdzają reputację mistrzów w żonglerce nastrojami. Pozornie przygnębiająca opowieść nieoczekiwanie odsłania swój krzepiący wymiar. Wszystko za sprawą manifestowanego przez twórców podziwu wobec determinacji Llewyna. Bohater "Co jest grane…" ujmuje, bo nie próbuje rozsmakowywać się w artystowskich dylematach. Jeśli upada, to natychmiast się otrzepuje, chwyta za futerał z gitarą i ponownie stara się spojrzeć w oczy przeznaczeniu.

Postawa Llewyna okazuje się tym cenniejsza, że nie wszyscy ludzie z jego otoczenia potrafili znieść trudności zawodu z równym spokojem. Decydujący wpływ na nostalgiczny nastrój bohatera wywiera tęsknota za drugą połową swego muzycznego duetu. W toku narracji dowiadujemy się, że artysta o imieniu Mike popełnił samobójstwo. Możemy tylko się domyślać, że nie wytrzymał ciążącej na nim presji. W przeciwieństwie do niego Llewyn wykorzystuje swoje niepowodzenia najlepiej jak potrafi – czyni z nich tworzywo powstającej na naszych oczach sztuki. Wykonywane przez bohatera folkowe ballady z pewnością brzmiałyby mniej przekonująco, gdyby nie stała za nimi płynąca wprost z osobistych doświadczeń gorycz.

Podobne wrażenie można odnieść, gdy słucha się umieszczonej w filmie piosenki Dave'a Van Ronka. Muzyk – którego życiorys posłużył Coenom za luźną inspirację przy tworzeniu fabuły – nigdy nie zyskał szerszej popularności, choć przetrwał w pamięci znawców amerykańskiego folku. Podobny los czeka najprawdopodobniej także bohatera "Co jest grane…". W przewrotnym świecie Coenów Davis znajduje się jednak w centrum uwagi kosztem samego Boba Dylana. Twórcy filmu traktują przyszłego gwiazdora z ostentacyjnym lekceważeniem i czynią z niego nieistotną postać drugoplanową. Coenowie – tak jak wielu przed nimi – odwracają wzrok od triumfu, by skupić swoją uwagę na malowniczej porażce. Jednocześnie jednak w swej postawie demonstrują zaskakująco czyste intencje. Zamiast cynicznym grymasem obdarzają bohatera uśmiechem pełnym szacunku.

CO JEST GRANE, DAVIS? | USA 2013 | reżyseria: Joel Coen, Ethan Coen | dystrybucja: Vue Movie Distribution | czas: 105 min